Skocz do zawartości

Blogi

Kiedy zaczyna się myśleć o zdradzie

Czasem do psychologa zgłaszają się kobiety szczerze przejęte tym, że zaczynają im chodzić po głowie myśli o facetach innych, niż ich partner. I nie jest to tylko taka sztuczka, która ma jakoś ugłaskać faceta po tym, gdy przyłapał kobietę na nielojalności. Na szczęście zazwyczaj nie jest to też objaw żadnego zaburzenia, które trzeba by leczyć.   Ewolucja obdarowała nas instynktem samozachowawczym. W chwilach zagrożenia on po prostu działa. Bywa, że ludzie w związkach swoim postępowaniem pocierają przycisk z napisem „ewakuacja” u partnera. Te zachowania niejako wypychają daną osobę z relacji. To oczywiście skrót myślowy, ale tak to z grubsza działa.  Zaniedbywane potrzeby doświadczania miłości ze strony partnera raz za razem, miesiąc po miesiącu w końcu zaczynają uruchamiać procedurę ewakuacji. Tak samo jak podczas lotu na kursie kolizyjnym – brak poczucia bezpieczeństwa narasta, aż w końcu opuszcza się pokład. Fotel zostaje wyrzucony, a potem pilot uruchamia spadochron. Coś w środku człowieka najpierw szepcze, a potem krzyczy „ratuj się póki masz siłę, to zmierza donikąd”. Oczywiście nie dzieje się tak z dnia na dzień. Jesteśmy w końcu całkiem wytrzymali psychicznie, a poza tym – cywilizowanymi ludźmi. Z czasem jednak, gdy potrzeby są lekceważone, alarm w ludzkiej głowie stopniowo narasta, co zwykle przynajmniej częściowo sobie uzmysławiamy. Wiemy, że brak nam pewności, iż nasze usprawiedliwione potrzeby zostaną zaspokojone.  Pojawia się coraz więcej myśli na temat „alternatywnych rozwiązań” i zwiększa się podatność na zauroczenia oraz ciekawość ukierunkowana na płeć przeciwną. A od tego już tylko krok do nielojalności, flirtów, a nawet zdrady. Nawiasem mówiąc mężczyźni mają podobny mechanizm, więc działa to w obie strony. Nie pozostaje nic innego, jak tylko mówić sobie wzajemnie zrozumiale o swoich potrzebach i robić z tej wiedzy dobry użytek. 

Rozstania są częścią procesu

Rozstania. Czasem bolą, czasem pozwalają odetchnąć. Są wpisane w naturę relacji. Umiejętność tworzenia satysfakcjonujących związków to także zdolność przerywania tych, których nie da się poprawić, a są toksyczne, szkodliwe, dalece niezadowalające, bo stały się puste. Niekiedy to niczyja wina, a innym razem skutek braku czyjejś dobrej woli. Jednak odpowiedzialność zawsze jest wspólna – jeśli człowiek się na coś godzi, ma swoje 50% wkładu w trwającą sytuację. Trudno jest zaczynać od początku, zwłaszcza, gdy jest się już po trzydziestce, ale bywa to lepsze, niż marnowanie życia bez dobrej jakości związku. Jasne, zrywanie wiąże się nierzadko ze stresem i bólem emocjonalnym, ale to jak nastawianie wybitego barku – trzeba to zrobić. Następnie należy dać sobie czas na zagojenie urazu, a potem żyć dalej. W drodze po miłość życia zdarzają się przystanki. Tak to już jest. Rozmowa na ten temat na Facebook znajduje się tutaj.

Mąż chce intercyzy, żona nie chce rozdzielności majątkowej

Coraz częściej na tzw. terapię małżeńską trafiają pary, które… Jeszcze nawet nie są małżeństwem! Jeśli już mężczyźni skłonni są rozpatrywać w ogóle instytucję małżeństwa, co staje się coraz rzadsze, konflikt pojawia się, gdy mowa o rozdzielności majątkowej lub jej braku. Panie chcą poręczenia lojalności partnera i oczekują, że w razie rozpadu związku mężczyzna podzieli się swoim majątkiem z byłą partnerką. Panowie natomiast nie uważają tego za uczciwy układ, więc chcą intercyzy, która pozwala na wspólny majątek, ale też zachowanie własnego dla siebie. Z perspektywy prawniczej to bardzo proste, umowa ma być najbardziej korzystna dla ludzi, którzy ją zawierają – w pewnych sytuacjach, dla niektórych par intercyza jest lepszym pomysłem, a w innych gorszym. Problem w tym, że tu w grę wchodzą emocje. Panie często mówią, że jak partner chce intercyzy, to znaczy, że jest problem z zaufaniem, oraz że facet planuje wymianę kobiety na młodszą za parę lat. Albo że tak naprawdę brakuje miłości. Panowie, jak to mężczyźni, logicznie argumentują, że nie żenią się dla pieniędzy i chcieliby, aby kobieta także nie wychodziła za mąż dla kasy. Uzasadniają swoje obawy racjonalnie przywołując statystyki, mówiące o tym, że w Polsce rozpada się co trzecie małżeństwo, więc należy być ubezpieczonym, bo to po prostu rozsądne. Wskazują, że małżeństwo niczego im nie gwarantuje – w razie rozpadu relacji i tak będą w najlepszym wypadku mieć ograniczony kontakt z dziećmi i płacić alimenty. Efekt jest taki, że nieporozumieniom nie ma końca. Nic dziwnego, że pary nierzadko decydują się na kontakt z psychologiem, by przy wsparciu specjalisty przebrnąć przez ten temat, uporać się z trudnymi emocjami. 

Mądrość psychopatów

Pewnie słyszeliście o książce „Mądrość psychopatów”. Wskazuje ona podejścia dla nich charakterystyczne, które mogą przydać się także przeciętnej osobie. Dobrym przykładem jest koncentracja na celu i zadaniowe podejście do problemu.   Jeśli na przykład wiadomo, że coś się udaje raz na sto razów, zwykły śmiertelnik najpewniej machnie ręką, uznając, że to beznadziejna sprawa. Psychopata z marszu i bez skrupułów podejmie sto prób i już.   Różnice tych dwóch podejść można chyba także zobaczyć obserwując strategie facetów na serwisach randkowych.    Jeden po pewnej ilości rozczarowań i odrzuceń powie „To beznadziejna sprawa, a poza tym i tak żadna z nich nie wygląda nawet w połowie tak dobrze jak na zdjęciach. Nie będę pompował ego tym primadonnom” i zlikwiduje konto. Psychopata nie odpuści – byłby nawet gotów tak długo pompować innym ego jak długo zbliżałoby go to do osobistych celów, tym bardziej, że sporo osób jest uzależnionych od aprobaty i komplementów. Dla przeciętnej jednostki to powód do zniechęcenia, psychopata dostrzega w tym narzędzie manipulacji.   Podsumowując, od psychopatów możemy nauczyć się między innymi beznamiętnego dążenia do celu bez mazania się i wymyślania wymówek, które tylko usprawiedliwiają bezczynność, bierność lub brak wytrwałości. Nie ma w tej strategii miejsca na skrupuły, certolenie się i marudzenie. Każdemu czasem przydałaby się taka taktyka.

Dlaczego kobiety wolą drani

Niektórzy mawiają, że kobiety lubią drani. Tej sentencji nie należy traktować oczywiście przesadnie szeroko, bo tak nieprecyzyjnie określona kategoria „drań” jest aż nazbyt pojemna. Jednocześnie, jeśli przyjąć węższe znaczenie tego terminu, zdaje się w tym twierdzeniu tkwić głęboka mądrość.  Typowy drań, jak ja go widzę, to mężczyzna w pewnym sensie okrutny. W dzisiejszym świecie to ważna cecha, ponieważ ktoś, kto nie wyhodował sobie kłów po prostu polegnie w zetknięciu z ludźmi, którzy je mają. A takich stanowczo nie brakuje. Człowiek bez „kłów” jest człowiekiem bezbronnym. Właśnie dlatego Jung mówił o konieczności integracji swojego „cienia” – by ten zdolny do okrucieństwa pierwiastek ludzkiej natury był w razie potrzeby na podorędziu, kiedy należy się bronić lub aktywnie starać o swoje.  Drań, jak ja go postrzegam, to także mężczyzna asertywny i niezbyt ugodowy. Z badań wiemy, że niska ugodowość jest cechą osobowości sprzyjającą sukcesom. Nie ugodowe osoby szybciej pną się po szczeblach kariery, walczą o swoje i nie pozwalają sobie wejść na głowę.  Drań, jak ja go pojmuję, to również mężczyzna „zimny”, umiejący bezwzględnie trzymać emocje na wodzy, mniej neurotyczny. Neurotyzm to z kolei cecha osobowości, która sprawia, że człowiek jest bardziej podatny na przeżywanie negatywnych emocji jak lęk czy smutek. Generalnie w populacji kobiety są bardziej neurotyczne od mężczyzn, ale pomiędzy poszczególnymi jednostkami różnie to bywa. Są relatywnie mało neurotyczne kobiety i relatywnie mocno neurotyczni mężczyźni. Psychologia wskazuje, że związki, w których mężczyzna jest bardziej neurotyczny od partnerki, mają mniejsze szanse na przetrwanie. Poza tym bardziej skłonny do reagowania smutkiem czy lękiem partner może nie być oparciem dla kobiety, która przeżywa te stany, bo sam będzie wymagał w tym zakresie wsparcia od niej. Można by tak jeszcze długo, ale tyle na razie wystarczy. Jeśli zatem rozumieć słowo „drań” w sposób, który tutaj z grubsza nakreśliłem, nie wydaje się to zły wybór, choć ma on również swoje wady. Problem w tym, że niekiedy kobiety wybierają nieoptymalnych „drani” – damskich bokserów lub ludzi, dla których związek czy rodzina nie są istotną wartość. Kły takiego „drania” mogą poczynić szkody w jego własnym „stadzie”.

Co jeśli partner nie zaspokaja potrzeb

Częstym problemem w związkach są niezaspokojone potrzeby. A to kobieta nie może się doprosić czułości, a to partner jest za „miękki” by dać jej klapsa choć ją to bardzo kręci, a to jedno chciałoby by drugie częściej okazywało inicjatywę w zakresie organizacji czasu lub w sferze ars amandi. Co z tym fantem zrobić?   [1] Dialog to podstawa, bo komunikacja w związku jest wszystkim. Negocjacje mogą być nieprzyjemne, stresujące, ale warto tego sposobu przynajmniej spróbować. Więcej niż raz. Szczera, uczciwa rozmowa w życzliwej atmosferze może coś zmienić na plus. Ważne, by każde miało poczucie, że doprowadziła ona do jakichś dobrze rokujących planów pozytywnych zmian. Jeśli obojgu „opłaci się” zmienić, innowacje są bardziej prawdopodobne.   [2] Zmiana hierarchii ważności. Jeśli partner nie chce lub nie jest w stanie zaspokoić pewnych potrzeb, można pozbawić je wagi i doceniać bardziej to, co akurat ma w ofercie. Ciężko o osobę, która spełni absolutnie wszystkie oczekiwania, więc warto przetestować ten sposób. Oczywiście nic na siłę – niektóre rzeczy mogą być na tyle ważne, że ich brak ma prawo budzić uzasadnione wątpliwości na temat tego, jaką relacja ma jakość.   [3] Pożegnanie to rzecz, która nieprzypadkowo pojawiła się na samym końcu, bo to ostateczność. Niekiedy jest to jednak nieuniknione. Umiejętność funkcjonowania w związkach to także umiejętność kończenia takich, które stanowczo nie zdają egzaminu.   [SUPLEMENT] Nierzadko ludzie stosują jeszcze czwartą opcję. Pewne potrzeby zaspokajają z jednym partnerem, a inne z kimś innym. Rzadziej jawnie, częściej w ramach zdrady, do której przyznaje się kilkadziesiąt procent kobiet i nieznacznie większy odsetek mężczyzn. Każdy ma własne sumienie, więc kazania tu nie będzie, zresztą niefajne konsekwencje dla stanu ducha łatwo sobie wyobrazić.

Jak zniszczyć związek w trzynastu krokach

Jak zniszczyć związek w trzynastu krokach? [1] Nie rozmawiajcie. Komunikację ograniczcie do wymiany informacji. [2] Bądźcie zaborczy i do przesady zazdrośni. Nie pozwalajcie sobie na czas spędzony osobno. Sprawdzajcie, kontrolujcie, inwigilujcie się. Zero zaufania! [3] Dawajcie partnerowi nie to, co lubi, lecz to, co sami uważacie za słuszne lub dobre, „moralne”. Nie mówcie i nie słuchajcie o potrzebach, przecież to oczywiste. [4] Często, gęsto okłamujcie się – zwłaszcza w sprawach, które są dla was ważne, ale także wtedy, gdy równie dobrze moglibyście powiedzieć prawdę. [5] Zbliżenia uczyńcie jedynie formą rozładowania popędu. Nie mają nic wyrażać. Żadna intymność nie powinna im wtórować ani je poprzedzać. [6] Nie pozwalajcie sobie na renegocjowanie wcześniej ustalonych zasad naiwnie ufając, że nic się nigdy nie zmieni. [7] Nie trzymajcie wspólnego frontu podczas kontaktów z krewnymi, a szczególnie z rodzicami. Pozwalajcie by nadmiernie ingerowali w decyzje mające bezpośredni wpływ na wasz związek. [8] Grę wstępną należy ograniczyć do krótkiego czasu przed zbliżeniem. Absolutnie nie ma mowy o żadnych czułościach w ciągu dni – pocałunkach, objęciach, przeczesywaniu włosów, muskaniu po karku lub pikantnych smsach. [9] Bądźcie nieskorzy do eksperymentów, zamknięci na nowości. Popadajcie w rutynę i pogrążajcie się w marazmie. Żadnych wrażeń, odmian – tylko nuda! Tak w sypialni jak i w innych sferach codziennego funkcjonowania. [10] Manipulujcie sobą. Stosujcie wobec siebie bierną agresję. Praktykujcie szantaż, ciche dni i inne wywołujące przykre emocje techniki. Seks stosujcie jak kartę przetargową. [11] Naiwnie lekceważcie ryzyko zdrady jakby ten problem miał was nigdy, w żadnej sytuacji nie dotyczyć. Ślepo wierzcie w monogamię i uczyńcie pożądanie tematem tabu. [12] Uzależniajcie się finansowo od partnera lub stosujcie przemoc ekonomiczną. [13] Zaniedbujcie swój wygląd, własny rozwój i siebie w inny sposób, bezgranicznie ufając, że partner i tak nadal będzie was uważał za równie atrakcyjnych.

Przygnębienie na własne życzenie

Wydawać się może, że gdzie byś nie poszedł i co byś nie zrobił, wszędzie chcą od ciebie pieniędzy. Niektórym to bardzo doskwiera. Tymczasem przecież najważniejsze rzeczy są bezcenne. Jeśli więc myślisz, że to z powodu braku środków na koncie wiele w życiu cię omija, to może po prostu udajesz się w niewłaściwe miejsca w złym celu… Kiedy ostatnio wyciągałeś ręce jak ptak rozpościera skrzydła?
Kiedy ostatnio chodziłeś boso po plaży lub trawie?
Kiedy ostatnio łapałeś na język krople deszczu?
Kiedy ostatnio dotykałeś kory drzewa?
Kiedy ostatnio byłeś pod wrażeniem z wyboru?
Kiedy wsłuchiwałeś się w śpiew ptaków o świcie?
Kiedy podziwiałeś wyraz oczu partnerki zamiast oglądać się za innymi?
Kiedy ostatnio kontemplowałeś przyrodę lub sztukę?
Kiedy w całkowitym spokoju czytałeś dobrą książkę lub ulubione czasopismo?
Kiedy ostatnio przejmowałeś się tym, co sam pomyślisz, zamiast tym, co pomyślą inni?
Kiedy ostatnio poświęcałeś czas relacji z samym sobą?
Kiedy ostatnio… Rzeczywistość, w której żyjemy, jest najlepszą z możliwych – innych po prostu nie ma. Akceptując ten fakt można w końcu skierować swoją uwagę na to, co przynosi szczęście zamiast na rzeczy powodujące stres, poczucie bezwartościowości czy inny rodzaj emocjonalnego bólu.

Partner nie ujawnia, że jest w związku ze mną na fb

Z CYKLU PYTANIE OD CZYTELNIKA „Mój partner/partnerka nie oznacza, że jest w związku na swoim koncie na fb. Jak mam to rozumieć? Czy oznacza to, że nie traktuje mnie poważnie albo że szuka kogoś na boku?”   Na to pytanie nie ma uniwersalnej odpowiedzi.   Rzeczywiście czasem ludzie pozostawiają sobie otwartą furtkę, by móc nawiązać kontakt w razie pojawienia się atrakcyjniejszego potencjalnego partnera. Niektórzy lubią mieć kogoś w zanadrzu, takie wzdychające do nich koło ratunkowe.   Bywa, że oznacza to, iż ktoś nie traktuje związku poważnie lub nie przewiduje dłuższej relacji. Może to być jeden z sygnałów ostrzegawczych, na które warto zwrócić uwagę, gdy namnoży się ich sporo.   Osoby spragnione uwagi ze strony płci przeciwnej też nie afiszują się z tym, że są w związku. Brak takiego oznaczenia zwiększa bowiem szanse, że otrzymają sygnały zainteresowania, co łechta ich ego albo jest pretekstem do niewinnego flirtu. Nie musi oznaczać gotowości do zdrady. Czasami nawet ludzie w stałych związkach ustawiają status „wolny/wolna”, żeby dostawać uwagę lub dla draki. Nie jest to fair w stosunku do otoczenia, które jest wprowadzane w błąd i marnuje niekiedy czas na podchody i zaloty, ale pozostaje fair wobec akceptującego taki stan rzeczy partnera.     Niektóre osoby nie oznaczają tego w profilu, bo utrzymują, że status związku jest ich prywatną sprawą, ale takie wyjaśnienie nie do końca trzyma się kupy, jeśli osoba nosi na ręce obrączkę, a tylko w sieci ten fakt kamufluje. Istotne jest zatem jakie w ogóle ma do tego podejście, bo jeśli online jest wyraźnie inne niż na co dzień, może to wzbudzać podejrzenia.   Wiadomo też, że panie częściej manifestują status swojej relacji w inny sposób niż poprzez ustawienie odpowiedniego statusu w profilu – wrzucając zdjęcie w sukni ślubnej lub takie, na którym całują się ze swoim partnerem, co jest równie wymowne.    Jak widać wyjaśnienia mogą być bardzo różne i zależą od osoby oraz sytuacji, w której się znajduje. Ponieważ dzisiaj lojalność jest towarem deficytowym, warto dmuchać na zimne i taki temat uczciwie, otwarcie i rzetelnie przedyskutować z partnerem, by zorientować się, na czym się stoi. Nie należy dawać się zbywać pod byle pretekstem, jeśli ta sprawa autentycznie kogoś nurtuje. Człowiek ma prawo wiedzieć, czemu ktoś kryje się z faktem, iż jest z nim w relacji.

Pragnienie maksymalistycznej miłości

Czasami podejrzewam, że paradoksalnie najsilniej potrafią kochać ci, którzy w przeszłości byli miłości pozbawieni. To właśnie takie osoby mają ogromną potrzebę związku, w którym uczucie jest niezwykle żywe i silne. Jest to na swój sposób urzekające i szlachetne. Ktoś taki zdolny jest do akceptacji drugiego, nieidealnego przecież człowieka na niebywale głębokim poziomie.   Niestety, jest pewien haczyk. W pakiecie z pragnieniem maksymalistycznej miłości jest często wyniesiona z chaotycznej przeszłości dezorientacja. W rezultacie takie osoby niekiedy powierzają swoje serce niewłaściwym ludziom, którzy na taki dar bynajmniej nie zasługują. Rezultat jest taki, że przeszłość odtwarza się w teraźniejszości – emocjonalne unieważnienie powtarza się, a czasami ponownie ma też miejsce jakiś dramat z powodu łączenia się w parę z toksycznym partnerem.   Nic dziwnego, że metaforycznie o takim problemie mówi się, iż jest to „kochanie za bardzo” lub „podatność na zranienie”. Jeśli kogoś temat ten intryguje, polecam artykuł     

Potrzeba różnorodności seksualnej

Wspomniałem kiedyś o potrzebie różnorodności seksualnej i choć publicznie raczej się do zaciekawienia tematem nie przyznajecie, to w prywatnych wiadomościach bardzo otwarcie podpytujecie o co z tym chodzi. Nie tylko panowie, ale i panie! Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest potrzeba seksualna. Potrzeba seksualna to po prostu właściwość ludzkiego organizmu polegająca na okresowym powstawaniu specyficznego napięcia psychofizycznego, możliwego do zredukowania poprzez podjęcie czynności dających satysfakcję seksualną. Uznawana jest za jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Można też mówić o czymś takim jak potrzeba różnorodności seksualnej; jest ona napięciem psychofizycznym, które można by w skrócie opisać jako pragnienie nowości. Osoby, które mają dużą potrzebę tego typu mogą nie być w stanie na dłuższą metę uzyskiwać satysfakcji seksualnej w długoterminowej, monogamicznej relacji. Takie funkcjonowanie może być dla nich wręcz mocno frustrujące. Po paru latach pożądanie może spaść niemal do zera. Skutki ignorowania tej potrzeby bywają opłakane. Panowie rekompensują sobie lata wyrzeczeń zmieniając partnerki na o wiele młodsze. Panie też rozwalają związki wdając się w romanse i gładko odchodząc do nowego mężczyzny, w dodatku często na koszt byłego męża, który staje się dłużnikiem alimentacyjnym na całe lata (cóż począć, takie „kobietocentryczne” mamy prawo, a i tak feministki nie ustają w walce o dalsze przywileje). Jak ludzie radzą sobie z potrzebą różnorodności seksualnej? Niektórzy eksperymentują, szukają urozmaicenia, próbują nowych rzeczy, ale z jednym partnerem. Inni otwierają swoje małżeństwa, uprawiają swinging, decydują się na tak zwanych oficjalnych kochanków (za wiedzą i zgodą obojga), poprzestają na przygodnych znajomościach albo wybierają poliamorię.  W naszej kulturze, w której presja religijna i normy społeczne są bardzo restrykcyjne, najczęściej wszystko odbywa się w tajemnicy przed „opinią publiczną” lub wręcz w konspiracji i jest tematem tabu. Mówiąc kolokwialnie ludzie po prostu udają wiernych, ale mają kochanka czy kochankę (przy czym kochankowie zwykle wiedzą na czym stoją i nierzadko to akceptują nawet długoterminowo; sami zresztą też bywają w związkach małżeńskich). Do zdrady może dojść z wielu różnych powodów, z których omawiana tu potrzeba jest tylko jednym i wbrew pozorom nie zawsze kluczowym. Czasami jednak relacje więcej niż dwojga osób są przynajmniej częściowo jawne i odbywają się całkowicie uczciwie, za wiedzą i zgodą wszystkich zaangażowanych. Przykładem może być relacja typu ménage à trois co dosłownie oznacza „gospodarstwo domowe trojga”; jest to termin pochodzący z języka francuskiego, którym początkowo opisywano układ, w którym trójka osób utrzymywała stosunki seksualne zamieszkując w tym samym gospodarstwie domowym. Jest to rozwiązanie, które preferują zwłaszcza osoby heteroplastyczne (trochę lubiące własną płeć) lub biseksualne (lubiące obie płci), a także osoby o dużej potrzebie różnorodności seksualnej. Nie należy tego mylić z okazjonalnym trójkątem seksualnym, bo to raczej zalicza się do eksperymentu. Nie jest to też rozwiązanie dla każdego, bo niektórzy nie potrafią stworzyć w miarę zadowalającego związku z przynajmniej jedną osobą, a co dopiero z kimś więcej.  Jak nietrudno się domyślić potrzeba różnorodności seksualnej może stwarzać problemy, jeśli próbuje się ją lekceważyć, udaje, że jej nie ma. Właśnie dlatego tak ważnym jest, by będąc w związku nie robić z tego tematu tabu, lecz delikatnie, ale szczerze i otwarcie rozmawiać o wzajemnych oczekiwaniach, fantazjach, uczuciach z tym związanych. Można się łudzić i wmawiać sobie „to nas nie dotyczy”, ale z upływem czasu potrzeby mogą dawać o sobie znać coraz bardziej i wtedy trudno będzie wrócić do tematu, skoro na wstępie dogmatycznie zdeklarowało się jako konserwatywny monogamista.

Randki online – dar czy przekleństwo dla współczesnych singli?

Randki online – dar czy przekleństwo dla współczesnych singli? Randki internetowe bazują na kategoriach, a nie interakcjach. Ktoś, kto bardzo dobrze wypada w kontakcie interpersonalnym i czasem nawet po wielokroć nadrabia zaległości w zakresie atrakcyjności fizycznej, w randkach internetowych może być bez szans, bo płeć przeciwna od razu zakataloguje go po zdjęciu jako kiepska partia poniżej oczekiwań. To właśnie dlatego niektórzy mawiają, że zwłaszcza na serwisach randkowych „wygląd robi całą robotę”.  Poza najczęstszym katalogowaniem poprzez ocenę w skali 1-10 istnieją jeszcze inne typy kategorii, z których korzystają użytkownicy serwisów i aplikacji randkowych. Kobiety częściej szufladkują panów dzieląc ich na reprezentacyjnych, którymi można się pochwalić, oraz na „nie wyjściowych”. Panowie częściej szufladkują panie dzieląc je na takie, z którymi są skłonni rozważyć dłuższą relacje, oraz na te, z którymi chcą spędzić tylko parę chwil przyjemności. Dużym minusem jest to, iż aktywność w mediach społecznościowych, w tym w aplikacjach randkowych, niezależnie od płci, nierozerwalnie wiąże się z niezadowoleniem z ciała, wstydzeniem się ciała, monitorowaniem ciała i internalizacją (uwewnętrznieniem) społecznych oczekiwań dotyczących piękna. Często bardzo wynaturzonych oczekiwań, dodajmy. Daje także możliwość surowego porównywania własnej fizjonomii z wyglądem innych. Może to nawet prowadzić do kwestionowania własnej wartości. I rzeczywiście, przedstawiciele obu płci wpędzają się przez to w kompleksy, miewają stany przygnębienia po intensywnym użytkowaniu aplikacji i serwisów randkowych, co przekłada się na usuwanie kont i po jakimś czasie zakładanie ich ponownie po to, by wkrótce znów z żalem je usunąć. Szczególnie cierpi na tym męskie ego, ponieważ presja społeczna skłania mężczyzn do wykazywania się inicjatywą, która częstokroć w najlepszym razie zaledwie nie popłaca, a w najgorszym prowadzi do doświadczania nienaturalnie dużej ilości odrzuceń w relatywnie krótkim czasie. Znacząco ranione bywa też ego kobiet, które nie mają urody przystającej do obecnego kanonu piękna i „terroru młodego wyglądu”. Co zatem powinny robić osoby, które nie są katalogowane do ścisłej czołówki w serwisach randkowych? Zdecydowanie postarać się bardziej o to, by prowadzić bujniejsze realne życie towarzyskie i mieć lepsze kompetencje społeczne. Wtedy będą w stanie ujawnić drzemiący w nich potencjał, zamanifestować swoją osobowość podczas interakcji z innymi ludźmi w trakcie kontaktu twarzą w twarz. Szukając miłości na serwisach randkowych czy w mediach społecznościowych mogą poczuć się jak kolejny kawałek mięsa, które ocenia się wedle bezwzględnych kryteriów, a to parszywe uczucie. Jeżeli już jednak ktoś się na coś takiego zdecyduje, warto by przyjął, że jeśli ktoś go skreśla za wygląd, to tak naprawdę wystawia świadectwo samemu sobie.  Obserwuj mój fanpejdż.

W związku możesz być „magnesem” lub „materią”

Mówiąc metaforycznie, w związku możesz być „magnesem” lub „materią”. Jeżeli troszczysz się o swoje prawa, asertywnie wyznaczasz granice, robisz dobre wrażenia, roztaczasz pozytywną aurę, znasz swoje mocne strony i realnie masz wiele do zaoferowania, jesteś pełnoprawnym magnesem. Przyciągasz i jesteś w stanie zatrzymać przy sobie partnera, który reaguje na ciebie w sposób pełen miłości.  Idealnie byłoby, gdyby twój partner to też był taki magnes – oczywiście odpowiednio do ciebie ustosunkowany, byście nie wchodzili sobie w drogę i nie odpychali się wzajemnie na przykład niepotrzebnie konkurując. Idealne sytuacje w przyrodzie występują jednak relatywnie rzadko... Bardzo często w parę łączą się magnes i materia. Relację tworzy ktoś, czyja charyzma zapewnia magnetyczne przyciąganie, z kimś, kto traci głowę i nie umie się temu oprzeć. Nierzadko to skomplikowany scenariusz. Materia bezwolnie lgnie do magnesu, co stawia ją na ryzykownej pozycji, a niekiedy w trudnym położeniu. Nawet jeśli magnes ewidentnie bawi się materią i naraża ją na korozję szkodliwie obchodząc się z nią, ona krąży po jego orbicie licząc na spotkanie. Taka relacja bywa bardzo toksyczna, bo obie strony rozwijają swoje role do karykaturalnych rozmiarów. Materia staje się coraz bardziej masochistyczna, a magnes popada w coraz silniejszy narcyzm i większą roszczeniowość. Kontrast doprowadza w końcu do rozłamu i zakończenia relacji. Czasami w roli magnesu w związku może zostać obsadzony ktoś, kto w ogóle nie pasuje do tej funkcji. Taki ktoś zauważa, że świeci światłem odbitym, więc szybko uczy się z tego korzystać. Eksploatuje zatem materię do granic możliwości. Wykorzystuje ją tak, by samemu mieć przyjemnie i pławić się w świetle, a ona jest dla niego czymś w rodzaju reflektora. Materia natomiast coraz bardziej się poświęca, dosłownie wypala się, by zadowolić magnes, co nieuchronnie pogarsza jej kondycje – w wyniku tego w końcu przestaje być dla niego atrakcyjna. Ostatecznie zostaje zastąpiona.   --- Co jest typowe dla mężczyzn, którzy zostają materią, a co dla kobiet w tej roli? Jak nie zrobić z nieodpowiedniego partnera swojego magnesu? Co robić, by na początku związku nie wejść w rolę materii? Czy magnes może stworzyć satysfakcjonujący związek z materią, a jeśli tak, to na jakich zasadach? Czego powinny unikać dwa magnesy, by się nie odpychać? To tematy na osobną historię... Obserwuj mój fanpejdż.

Dlaczego ludzie zdradzają i jak temu zapobiec

Bajki, baśnie, bajeczki… Zawsze wciskały kit, ale dzisiaj wydają się szczególnie osobliwe. Jeśli na przykład chodzi o „Śpiącą królewnę” to właściwie historia molestowania zakończona syndromem sztokholmskim, bo jak inaczej określić całowanie nieprzytomnej dziewczyny, która potem zakochuje się w oprawcy? Ktoś mógłby pewnie też dziś powiedzieć, że „Kopciuszek” to nie tyle opowieść o mezaliansie, co o kobiecie uprawiającej prostytucję małżeńską…  Najgorsze jednak w baśniach są sprzedawane ludziom złudzenia. Po słowach „żyli długo i szczęśliwie” nie ma bowiem słowa o tym, że książę miał liczne nałożnice, a księżniczka lubiła sobie czasem zanucić pod nosem „żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek”. Nie oczekujmy jednak zbyt wiele od ocenzurowanych baśni, które miały pospólstwu i mieszczaństwu ukazać wyższe sfery w lepszym świetle. Na kursach przedmałżeńskich też nikt nie uprzedza, że w ciągu trzech do siedmiu lat od ślubu potrzeby różnorodności seksualnej stają się tak mocno niezaspokojone, że ryzyko zdrady wzrasta o kilkaset procent. Wspomniałem o zdradzie i właściwie o niej miał być ten wpis. Dlaczego ludzie zdradzają? Cóż, czynników jest sporo, ale skupmy się na kilku nadrzędnych. [1] Przestają wierzyć w mit monogamii. Po prostu czar pryska, frustracja przerasta mobilizację do tego, by pozostawać lojalnym. Ludzie różnią się pod względem tego, jak dużą mają potrzebę różnorodności seksualnej. Niektóre związki stają się otwarte, pozostałe eksperymentują same lub z towarzystwem, a inne po prostu robią dobrą minę do złej gry i szukają odskoczni na boku.  [2] Ludzie zdradzają, bo nie chcą zostać z niczym, zostać na lodzie, więc układają sobie życie z kimś nowym nie porzucając dotychczasowego związku dopóki nie stworzą kolejnego z „lepszą opcją”. To przykre zagranie, ale najczęściej da się dostrzec pewne sygnały ostrzegawcze, które jednak bywają przez stronę „bardziej kochającą” lekceważone. Zwykle kończy się to dla niej niefajnie. [3] Niektórzy zdradzają, bo mają poczucie, że im wolno. Tłumaczą sobie to na różne sposoby, racjonalizują, a tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, by usprawiedliwić nielojalność. Jeśli ktoś ma się za lepszego może myśleć, że zasady zawartej z partnerem umowy można naginać i dostosowywać do swoich bieżących potrzeb. W końcu życie ma się tylko jedno, więc nie ma sensu iść na kompromisy.     [4] Częstymi powodami zdrad jest też pragnienie dowartościowania się oraz chęć przeżycia czegoś ekscytującego. Gorący wakacyjny romans pozwala zrealizować oba te cele. Odbija się to na relacjach z partnerem i zachęca do dalszych podbojów, ale kto by się tym przejmował. Jak uchronić się przed zdradą? Wspólnie przyjąć, że wbrew wszelkim regulacjom istnieje takie ryzyko. Nawet wtedy, gdy trwa jeszcze silny emocjonalny haj i nie widzi się świata poza swoją „drugą połówką” (cóż za nieadekwatne określenie, sugerujące, że nie jest się kompletnym). Jeśli mówi się o tym w sposób jawny i uczciwy, otwarcie, nie robi się z tego tematu tabu, przedyskutowuje się wspólnie różne możliwości, wtedy jest szansa, że do tego nie dojdzie. Jeśli natomiast założy się klapki na oczy i będzie święcie wierzyło w bajki oraz twierdziło, iż „nas to na pewno nie spotka” – ryzyko nie maleje, a nawet wzrasta. Tak samo jak ubezpiecza się bagaże przed podróżą, tak i swoją relację należy zabezpieczać przed niebezpieczeństwami pozostając w szczerym, uczciwym kontakcie podczas którego sprawy seksualne omawia się z należytą starannością. Nie są to czasami łatwe rozmowy, niekiedy towarzyszy im dyskomfort lub zazdrość albo lęk, ale tylko dyskutując można przewietrzyć pokój mrocznych pragnień zanim zalęgną się w nim zdradzieckie demony.  Obserwuj mój fanpejdż.

Czytelnik pyta jak zagadywać do kobiety

Zadziwiająco często otrzymuję pytania od mężczyzn odnośnie tego, czy, w jakich momentach i jak zagadywać do kobiet. Nie mam już siły ciągle odpowiadać na tego typu wiadomości, więc napiszę raz a porządnie. Zastrzegam jednak, że jestem psychologiem klinicznym a nie jednym z tych internetowych profesorów od podrywania. Mogę się więc mylić, ale moim zdaniem tego typu rozterki są produktem całkowicie niewłaściwego podejścia. Jestem zdania, że ludzie są interesujący, mają ciekawą naturę i właśnie dlatego warto być wobec nich „zaczepnym”. Reszta dzieje się przy okazji w sposób naturalny. Nie wierzę w żadne „wytrychy”, które mają zapewnić gorący romans.   Ze statystycznego punktu widzenia tak zwane podrywanie (co za nieadekwatny, wędkarski żargon) nie ma żadnego sensu i jest to straszna udręka i strata czasu. Nawet ci wszyscy samozwańczy mistrzowie, reklamujący swoje akademie podrywania, robią jakieś grube dziesiątki czy setki podejść, by gromadzić na potęgę numery telefonów niczym jakiś administrator danych osobowych. Nawiązywanie kontaktów z drugim człowiekiem z tak płaskim, jednowymiarowym podejście jest moim zdaniem diabelnie nudne. Tak, uważam, że tzw. podryw jest nudny, bo to w praktyce wymaga forsowania jakichś przeszkód czy barier, zdawania dziwnych testów, mierzenia się ze stadami roszczeniowych księżniczek, które chcą się cudzą uwagą dowartościować, gdy tylko mają szansę, więc to po prostu męczy i nuży. Moim zdaniem są lepsze metody na fajne życie towarzyskie aniżeli denne do granic możliwości i powtarzalne podrywanie.   Jeśli kobieta czegoś chce, to w dzisiejszych czasach najczęściej sama się odzywa albo wysyła zachęcające do działania sygnały, więc warto dawać ku temu sposobność, stwarzać okazję, a nie nacierać z determinacją frustrata. Jeśli dama jest na nie, to żadna uwodzicielska taktyka nie zagwarantuje powodzenia. Dlatego sugeruję całkowicie zmienić nastawienie. Być generalnie otwartym na kontakt z ludźmi, rozmownym, żartobliwym i mieć gotowość do inicjowania rozmów dla czystej frajdy, jaka z tego płynie. Być szczerze ciekawym innych ludzi. Jeśli wystąpią w trakcie jakieś sygnały to super, a jeśli nie, to i tak nie byłby czas stracony. Niezobowiązujące pogawędki mają swój urok i mogą wywoływać pozytywne emocje.   Warto najzwyczajniej w świecie polubić ludzi i „zaczepiać ich” pod wpływem dobrego humoru, a nie pod presją umówienia się na randkę, bo to psuje cały urok interakcji z drugim człowiekiem. Nie trzeba wtedy zaprzątać sobie głowy tymi wszystkimi bezsensownymi rozterkami, czy jest się z odpowiedniej ligi, dość wysokim, wystarczająco napakowanym, w czyimś typie i tak dalej, bo to w ogóle nie jest nasze zmartwienie – niech sobie druga strona to rozstrzyga, jeśli uzna za istotne. Jeżeli podchodzi się sztywno, w wielkim napięciu do nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną to każdy przejaw braku zainteresowania traktuje się jako porażkę czy rodzaj odrzucenia, co strasznie psuje samoocenę. A wypowiedzenie paru słów urasta nagle do rangi wielkiego dylematu i hardkorowego wyzwania. Moim zdaniem niezbyt to zabawne, delikatnie mówiąc, ale kto co lubi. Gdy chcę podrywać to idę na ryby, bo do ludzi mam zupełnie inne podejście.   Obserwuj mój fanpejdż.

Roszczeniowa kobieta, roszczeniowy mężczyzna

Do czego prowadzą roszczenia i skąd w ogóle się biorą? Zilustrujmy to przykładem. Jakiś czas temu podesłał mi ktoś link do poczytnego bloga pewnej samozwańczej guru od relacji.  Napisała ona, że to faceci powinni bardziej starać się w związku i więcej do niego wnosić, ponieważ – cytuję – seks kobiety jest bardziej wartościowy niż seks mężczyzny. Tak, to nie chochlik drukarski, dobrze przeczytałaś lub przeczytałeś.  Sądzę, że jest to pokrętne rozumowanie, bo fakt, że kobieta łatwo może się oddać, nie sprawia, iż jej „seks jest bardziej wartościowy”.  Przyjmijmy jednak tą osobliwą logikę na potrzeby tego przykładu.  Kobieta wchodzi więc w związek wymagając, by mężczyzna starał się bardziej od niej, bo przecież ona wnosi do relacji coś bardziej wartościowego, gdyż jej seks jest cenniejszy.  Musiałbym upaść na głowę, żeby wchodzić w relację z kimś takim, i nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. Niewykluczone jednak, że trafi się mężczyzna, który akceptuje roszczeniowość. Warto jednak zauważyć, że skoro ktoś coś takiego akceptuje, to dlatego, że sam też tak ma.  I rzeczywiście tak jest. U mężczyzn porównywalne roszczenie wynika z przekonania, że… Męska wierność jest wartościowsza od damskiej, bo facet poświęca się bardziej, gdy rezygnuje z kontaktów seksualnych z innymi, pięknymi kobietami.  I tak oto kółko się zamyka, więc wzajemnym pretensjom nie ma końca. A to przecież tylko dwa równorzędne roszczenia, zaś zwykle jest ich zdecydowanie więcej i tworzą wielopiętrową spiralę.  Roszczeniowa postawa w końcu mści się na obojgu i związek nieuchronnie się sypie, a terapeuta małżeński ma nieprawdopodobnie trudne zadanie, jeśli taka para zgłasza się do niego po pomoc. I pomyśleć, że wszystko tylko dlatego, że ktoś nawkręcał sobie nielogiczne, a przez to szkodliwe przekonania i wyciągnął z nich równie wątpliwe wnioski.  Obserwuj mój fanpejdż.
 

Jak rozumieć sprzeczne sygnały mężczyzny lub kobiety

Często otrzymuję przy różnych okazjach pytania o to, jak rozumieć sprzeczne sygnały kobiety czy mężczyzny. W interpretacji tychże sygnałów niektórzy wykazują się ogromną fantazją, a podczas analiz niebywałą determinacją. Czy ma to sens?   Pewni domorośli guru od relacji interpersonalnych, którzy o psychologii słyszeli tylko w „Rozmowach w toku” twierdzą, że sprzeczne sygnały zawsze oznaczają brak autentycznego zaangażowania. To chwytliwa teza, bo daje łatwe wyjaśnienie, ale tak dogmatyczne podejście nieczęsto przystaje do rzeczywistości.   To ludzkie, że czasem człowiek przeżywa mieszane uczucia, ma mętlik w głowie, waha się lub jest rozdarty albo dwa kroki do przodu okupuje jednym krokiem w tył.   Czy więc należy to po prostu dzielnie znosić, wyrozumiale tolerować?   Sprzeczne sygnały należy traktować jak żółte światło. Być może nic się nie stanie, jeśli i tak pójdziemy dalej, ale bezpieczniej jest się zatrzymać i rozejrzeć. Pośpiech w sprawach sercowych nie jest wskazany.   Czasami daną kwestię da się wyjaśnić, a innym razem dostrzeże się kolejne znaki ostrzegawcze. Zależnie od efektu rozglądania się dajemy sobie zielone światło albo szlaban na człowieka, który stawia nas w niepewnej sytuacji. Nikt nie lubi funkcjonować na ruchomych piaskach, bo lepiej jest wiedzieć, na czym się stoi.   W każdym związku można niekiedy natknąć się na żółte światło - tak samo jak w trakcie praktycznie każdej podróży. Jeśli jednak powtarza się to nagminnie lub są też inne alarmujące oznaki niejasnych intencji, wtedy bezpieczniej jest rozważyć zmianę kursu.   Obserwuj mój fanpejdż.
 

Porady dla nieszczęśliwie zakochanych

Dzisiaj kilka sugestii dla nieszczęśliwie zakochanych lub nieszczęśliwie zakochujących się.   [1] Nie rób emocjonalnych labiryntów z prostych spraw. A jeśli już tak się zdarzy, to zamiast walić głową w mur znajdź certyfikowanego przewodnika, który cię wyprowadzi. Przed tobą w tym samym miejscu mogły być tysiące, jeśli nie miliony. Nie jesteś sam nawet wtedy, gdy nikogo nie zauważasz w pobliżu.   [2] Pamiętaj, że wszystko co dzieje się w związku jest konsekwencją tego, co działo się w nim dotychczas. Nostalgia za starymi, dobrymi czasami jest więc marnym doradcą, bo te czasy najwyraźniej nie były dla związku takie dobre, jakby mogło się wydawać.   [3] Serce nie jest twarde jak diament, ale nie jest też z porcelany. Zniesie więcej, niż przypuszczasz. Nie znaczy to jednak, że dobrym pomysłem jest zanurzenie go dzień po dniu w toksycznym związku. Na takie użycie producent stanowczo nie daje gwarancji.   [4] Nierzadko lepszym pomysłem jest narażenie się na emocjonalny ból, niż unikanie cierpienia – zwłaszcza gdy tylko w ten sposób można wyjść z raniącego związku. Jak się wlezie w pokrzywy niemądrze jest tam trwać i tupać nogą jak małe dziecko.   [5] Mówi się, że serce nie sługa. Skoro tak, niech nie usługuje też nikomu innemu! Nie do tego jest przeznaczone, by kogoś własnym kosztem zadowalać.   [6] Kiedy już mając lat dwadzieścia kilka zaliczysz zakochanie w niewłaściwej, ale pięknej osobie, postaraj się nie popełniać drugi raz tego samego błędu. Nie zakochuj się oczami. A jeżeli jeszcze nie masz dwudziestu lat, wiedz, że właśnie podczas takich epizodów powstaje najwięcej samotnych rodziców. Zabezpieczaj się.   [7] Jeśli raz za razem wchodzisz w krzywdzące lub jałowe relacje, przestań obwiniać płeć przeciwną. Popracuj nad poczuciem własnej wartości. Najpierw zaczniesz przepraszać siebie za popełnione błędy, a na dalszym etapie będziesz sobie dziękować za wyciągnięte wnioski.

[8] Zakochuj się w człowieku, a nie w swoim wyobrażeniu o nim. Fantazje bywają bezgranicznie naiwne i złudne.   To tyle na dziś. Dobrego dnia!   Obserwuj mój fanpejdż.
 

Wrogość mężczyzn do kobiet

Ostatnio pisałem o zakamuflowanej wrogości kobiet do mężczyzn. Pora dla równowagi napisać o podskórnej nienawiści mężczyzn do kobiet. Skąd to się bierze? Warto sobie to wyjaśnić i wbrew pozorom ta wiedza może przydać się zwłaszcza facetom, by nie mieli zszarganych nerwów i nie toczyli nieustającej wojny, gdyż „płeć przeciwna” to nie „przeciwnik”.  [1] Stereotypy – nadmierne uogólnienia i uproszczony obraz kobiet jako grupy, która drastycznie różni się od mężczyzn. W stereotyp wpisane są różne negatywne oceny, które sprawiają, że panowie zaczynają pałać negatywnymi emocjami do pań albo traktują je jak gorsze od siebie.  [2] Ból odrzucenia – pomimo rewolucji obyczajowej i seksualnej oraz równouprawnienia pozycja kobiet na rynku towarzyskim wciąż jeszcze jest uprzywilejowana. Wiele z nich przez całe życie nie doświadcza ani razu odrzucenia. Tymczasem w przypadku mężczyzn, na których wywierana jest silna presja społeczna, by przejawiali wobec pań zainteresowanie i inicjatywę, odrzucenie jest czymś powszechnym. Przeżywane od czasu do czasu nie musi stanowić problemu, ale dzięki „cudownym”  aplikacjom i stronom randkowym statystyczny mężczyzna doświadcza wielu odrzuceń w relatywnie krótkim czasie. To skrajnie nienaturalna sytuacja, która może mocno wpłynąć na samoocenę i nastrój mężczyzny. W efekcie może on zacząć traktować płeć piękną jak kogoś, kto jego kosztem dowartościowuje się, zabawia lub zdobywa popularność i tak zwaną atencję (stąd niektóre panie nazywane są pogardliwie atencjuszkami). Złe traktowanie mężczyzn przez kobiety jeszcze wzmacnia te przeświadczenia.  [3] Podwójne standardy – sporo panów zdaje sobie sprawę z tego, że pod wieloma względami są dyskryminowani ze względu na płeć. Powoduje to frustrację lub gniew, który dodatkowo jest jeszcze podsycany przez kolejne akcje na rzecz uprzywilejowania kobiet, feministyczne happeningi. [4] Zawiść – zaspokojenie potrzeb seksualnych wielu typowym mężczyznom nie przychodzi tak łatwo, jak przeciętnej kobiecie. Powoduje to poczucie niesprawiedliwości, a czasem nawet zawiść i wrogość. Niektórzy mężczyźni czują wręcz podskórnie nienawiść, że inny człowiek tylko ze względu na swoją płeć bez spełniania wyśrubowanych standardów może z łatwością zaspokoić seksualne pragnienia.  [5] Niezaspokojenie – deprywacja potrzeb powoduje frustrację, a ta może prowadzić do agresji. Życie generalnie bywa niełatwe dla facetów, o czym nie będę tu się rozwodził, bo robiłem to przy innych okazjach (na przykład tutaj). Często, niestety, panowie pogarszają sytuację. Niezadowoleni z życia seksualnego nadużywają pornografii (to tak jakby głodnemu kazać patrzeć, jak inni najadają się do syta) albo nieusatysfakcjonowani pracą uciekają w hazard lub alkohol, by zagłuszyć przykre emocje. W efekcie ich położenie nie tylko się nie poprawia, ale nawet staje trudniejsze. Wściekłość w nich kipi i odbija się na innych, często najbliższych.  Co z tym fantem zrobić? Zła wiadomość jest taka, że tylko w pewnym stopniu da się z tym zrobić coś w pojedynkę, bo potrzebne są bardziej strukturalne zmiany, a mężczyźni rzadko solidarnie działają na rzecz własnych praw. Dobra jest taka, że zmiana sposobu myślenia i reagowania na pewne kwestie może przynieść ulgę i pewną dozę spokoju wewnętrznego. Z zadowoleniem obserwuję, jak mężczyźni wsłuchują się w swoje emocje i potrzeby, nadają sens swojej niezgodzie na pewne fakty oraz rzeczywiście nad sobą ciężko pracują, a niektóre kobiety ich w tym wspierają. Jeśli chodzi o złość, pomocna bywa psychoterapia pod kątem tzw. zarządzania gniewem, którą prowadzi m.in. psycholog Rafał Olszak.  Obserwuj mój fanpejdż.
 

Mit „Nie ułatwiaj niczego mężczyźnie”

Ostatnio podesłano mi link do serwisu dedykowanego kobietom. Łatwo było to poznać choćby po tym, że w wielu tekstach autorki cisnęły facetom. Dużo jest takich mizoandrycznych kloak w sieci (podobnie zresztą jak mizoginistycznych). Link prowadził do artykułu „Niczego nie ułatwiaj mężczyźnie!” Tekst oczywiście był w tendencyjnym tonie. Facet powinien to, powinien tamto, bo jest zdobywcą, więc doceni kobietę tylko wówczas, jeśli ona będzie łaskawie pozwalać się zdobywać.  Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie niektóre rozsądne komentarze pod nim. Niektóre panie zwracały uwagę, że flirt to zabawa dwuosobowa. Inne mówiły wprost, że korona im z głowy nie spadnie, jeśli to one zaproszą na kawę. W końcu mają do tego prawo i bynajmniej nie jest to współcześnie źle widziane oraz w żadnym razie nie stawia ich to w gorszym świetle ani nie oznacza, że facet ich nie doceni. Niektóre mówiły też otwarcie, że wszelkie gierki, udawanie niedostępnej, powstrzymywanie autentycznego skądinąd zainteresowania jest po prostu nudne, męczące i generalnie słabe. Twierdziły, że zwyczajnie po ludzku chcą wiedzieć na czym stoją i preferują jasne sytuacje, zamiast jakieś dziwne podchody, które wcale nie bawią. Nie potrzebują się dowartościowywać przedłużaniem czy odrzucaniem zalotów. Wspominałem o tym niejednokrotnie, więc dla stałych czytelników nie będzie to żadna nowość. Wielu współczesnych mężczyzn reaguje alergicznie na kobiece manipulacje, testy, uniki i ściemy. Poza tym jeśli od początku relacja nie jest równościowa, lecz jedno zachowuje się roszczeniowo, taki rozkład sił ciężko będzie później zmienić. Faceci raczej nie lubią być pantoflarzami i nie piszą się na nierówne układy.  Który świadom swojej wartości i mający coś do zaoferowania mężczyzna będzie się płaszczył przed „księżniczką” skoro w tym samym czasie z łatwością może znaleźć kogoś, kto umie uczciwie i bez ściem komunikować swoje intencje?  Czasy na szczęście się zmieniły i anachroniczne skrypty zachowań przestały być jedyną obowiązującą normą. Obie strony oszczędzają sobie dzięki temu zawiedzionych nadziei, frustracji, zupełnie bezsensownego wysiłku i czasu zmarnowanego na okazywanie zainteresowania bez wzajemności. Budowanie związków i bez tego jest dzisiaj wystarczająco trudne.  Realia się zmieniły. Dzisiaj postawa „zabiegaj o mnie, a ja cię z tego rozliczę” uchodzi za przejaw narcyzmu i egocentryzm. Czasami niektórzy starają się tak dowartościowywać, ale tylko uzależniają się od atencji. W tworzeniu znajomości zdecydowanie bardziej sprawdza się uczciwe postawienie sprawy na zasadzie „poznajmy się lepiej i sprawdźmy co z tego wyniknie”. To naprawdę takie proste i żadne mizoandryczne teksty tego nie zmienią.  Obserwuj mój fanpejdż.
 

nie kocham cię, ale lubię patrzeć jak ty mnie kochasz

Częściej panowie, a rzadziej, ale jednak również panie pytają o to, jak nie dać się zamknąć we friendzone (strefa dla „przyjaciela” i nikogo więcej). Jeśli ktoś czuje do drugiej osoby miętę to trafienie do tej szufladki jest ostatnią rzeczą, której by chciał. W zasadzie nie jest to nawet prawdziwa przyjaźń lecz szufladka dla odrzuconych, którzy mogą się przydać do czegoś innego. Przyjaźń jest super, natomiast bycie we friendzone jest nie do pozazdroszczenia. To takie odstawienie na boczny tor, skierowanie do poczekalni do czasu, aż dana osoba będzie czegoś potrzebować. Czasem to sytuacja typu „nie kocham cię, ale lubię patrzeć jak ty mnie kochasz”. Jak temu zapobiec? Cóż, od razu lojalnie uprzedzam, że nie jest to ścisła wiedza psychologiczna, bo na termin „friendzone” nie natrafia się w poważnej literaturze z tej dziedziny. Uczciwie zaznaczam też, że to rozwiązanie nie każdemu musi przypaść do gustu. Po pierwsze, trzeba szanować swój czas i być gotowym natychmiast, bez skrupułów odpuścić, jeśli ktoś widzi nas w roli, która nam nie leży. Nie jest to trudne, wystarczy nie wchodzić do kanału czyichś emocjonalnych ścieków. Po drugie, należy zrezygnować z bycia „miłym gościem” lub „życzliwą dziewuszką”. Pokazać pazur i mieć ikrę, osobowość, żeby było jasne, że na naszą przyjacielskość trzeba zapracować i że słowo przyjaźń dla nas naprawdę dużo znaczy. Tylko mi nie mówcie, że nie macie takiej wersji siebie, która tak potrafi. Każdy taką ma. Po trzecie, jeśli nie jesteśmy dla kogoś priorytetem pomimo naszych starań, to ten ktoś dla nas nie powinien być nawet opcją i basta. Obserwuj oficjalny fanpejdż.
 

Każdy może być dla kogoś bohaterem

Każdy może być dla kogoś bohaterem… Tak sobie myślę, dumając o udanych związkach, że w takich relacjach właściwie jedno dla drugiego i drugie dla pierwszego jest bohaterem. W sumie epickich herosów może być nawet więcej, jeśli ktoś preferuje poliamorię, ale to już inna historia. Tak czy owak bohaterstwo brzmi dumnie i takim jest w istocie, choć nie dostaje się za to medalu. Spójrzmy prawdzie w oczy. Chociaż panuje kult samouwielbienia i totalnej samowystarczalności, to czasami obecność drugiego człowieka jest istnym wybawieniem. Rewelacyjny jest sam fakt, iż jest z nami, przy nas, dla nas, a nie gdzie indziej, z kimś innym, komu innemu poświęcając czas. Dwoje naprawdę obecnych przy sobie ludzi – to dziś rzadki widok. Idealna para, to bohaterowie, którzy wzajemnie pomagają sobie mierzyć się z osobistymi demonami i mozołem codzienności. Trzymają się za ręce – metaforycznie, ale i dosłownie – podczas przekraczania siebie i zmagań z własnymi słabościami w obliczu przeszkód i wyzwań. Tych wielkich, ale i bardziej prozaicznych, jak sterta brudnych naczyń, które złośliwie tamują odpływ w zlewie. Zwłaszcza, gdy żadne nie lubi zmywać! Krótko mówiąc warto wzajemnie traktować się jak bohaterów. To dodaje skrzydeł lepiej niż pewien przereklamowany energetyk. Obserwuj oficjalny fanpejdż.  
 

Przyjaźń a miłość

Mawia się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Mówi się jednak również, że poznaje się ich po tym, jak znoszą nasze szczęście. Oba stwierdzenia wydają mi się prawdziwe, ale na chwilę odnieśmy je do związków i miłości… To okrutne, ale ludzie często porzucają się, gdy komuś się pogorszy – zdrowie, stan materialny, status społeczny czy coś w tym rodzaju. Nie jest rzadkością, że miłość wtedy totalnie wyparowuje z dnia na dzień. Ludzie zrywają z partnerami z powodu chorób, problemów finansowych, niesławy, a czasem nawet bez dramatycznych okoliczności, a jedyni ze względu na brak wystarczających postępów. Straszne jest też to, jakie sceny zaczynają się dziać w niektórych związkach, kiedy jednemu z partnerów zaczyna się nagle bardzo powodzić – na przykład ktoś staje się sławny lub zaczyna dużo zarabiać. Ostra rywalizacja, zawiść, zazdrość, sabotaż albo próba wybicia się na plecach partnera za wszelką cenę bądź wyzysk – to tylko niektóre opcje. Natomiast u strony, która osiągnęła sukces czasami pojawia się poczucie wyższości i przeświadczenie, że zasługuje na lepsze traktowania lub w ogóle kogoś lepszego niż dotychczasowa partnerka czy obecny partner. Albo że może się rządzić i ma więcej do powiedzenia w związku skoro lepiej zarabia lub jest kimś rozpoznawalnym i mającym większe wzięcie. Podsumowując, prawdziwą miłość poznaj się w biedzie, ale i po tym, jak druga połówka znosi nasze szczęście. To dwie strony tego samego medalu. Tak samo jak w przypadku przyjaźni. Obserwuj oficjalny fanpejdż.

O nas

Psychologiczna i obyczajowa platforma Ocal Siebie oferuje treści psychologiczne, forum dyskusyjne monitorowane przez terapeutów oraz pomoc psychologów online. Gabinet zajmuje się sprawami takimi jak: diagnoza psychologiczna, leczenie depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń odżywiania, terapia tzw. syndromu DDA, psychoterapia stresu pourazowego, terapia par, małżeństw i indywidualnych osób dorosłych.

Gabinet Ocal Siebie to centrum psychoterapii bez granic - platforma, na której bez względu na miejsce pobytu można uzyskać polskojęzyczną pomoc psychologiczną przez Internet!

Psychoterapia przez Internet

Na naszej platformie pracują polecani, skuteczni psychologowie i psychoterapeuci online, przez Skype. Oferują pomoc psychologiczną i terapię poznawczo-behawioralną. Psycholog online to rozwiązanie wygodne i skuteczne. W zespole Ocal Siebie pracują wykwalifikowani specjaliści, doświadczeni psycholodzy.

Psycholog online, psychoterapeuta przez Skype

Porady psychologiczne przez Internet

×

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.