Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'stres' w zawartość która została opublikowana w sekcji Artykuły.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne wyzwania i problemy psychologiczne
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Kalendarze

  • Community Calendar

Kategorie

  • Artykuły

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Znaleziono 16 wyników

  1. Co niszczy współczesnego mężczyznę?

    Co niszczy współczesnego mężczyznę i sprawia, że w życiu ma on pod górkę? Niniejszy tekst jest odpowiedzią na to pytanie. Artykuł napisałem na podstawie własnych obserwacji poczynionych w trakcie pracy jako psycholog, psychoterapeuta, oraz w oparciu o zapatrywania innych specjalistów, zawarte w publikacjach ich autorstwa takich jak na przykład książka „Gdzie ci mężczyźni” Philipa Zimbardo. System edukacji przystosowany dla kobiet Chłopcy rozwijają się inaczej, niż dziewczynki – zwykle są bardziej żywiołowi i chętniej uczą się przez działanie, a nie bierne siedzenie w ławce godzinami i wysłuchiwanie kazań. Kazań, które na domiar złego wygłaszają kobiety, bo zawód nauczyciela jest bardzo mocno sfeminizowany. W systemie edukacji dziewczynki są faworyzowane pod wieloma względami, co chłopców stawia na gorszej pozycji. Jak zwracają uwagę autorzy książki „Sposób na Kaina. Jak chronić życie emocjonalne chłopców”, nauczycielki najczęściej w ogóle nie rozumieją wewnętrznego świata podopiecznych płci męskiej. Nie pojmują ich potrzeb – zamiast tego upatrują w innych, niż dziewczęce, zachowaniach problem i przesadnie często podejrzewają dolegliwości takie jak ADD czy ADHD. W rezultacie już na starcie chłopcy mają trudniej, bo ich potrzeby są mniej ważne lub wręcz traktowane jak zaburzenie i coś niepożądanego. Wychowywanie na samowystarczalnych twardzieli Chłopcy od dziecka wychowywani są na samowystarczalnych twardzieli, którzy mają własnym kosztem otaczać opieką wymagające ich troski dziewczynki, kobiety. Efekt jest niestety taki, że mężczyźni w dorosłym życiu zaniedbują własne potrzeby. Na przykład doświadczając problemów psychicznych zwlekają z udaniem się do specjalisty grube miesiące lub nawet lata, bo nie dają sobie prawa do sięgnięcia po wsparcie. W tym czasie dolegliwości te często co najmniej utrwalają się, a zwykle pogłębiają i mają miejsce powikłania. Dziewczynki zachęcane od małego do korzystania ze wsparcia, relatywnie szybko go poszukują i dzięki temu częściej są w stanie zapobiec poważnym dolegliwościom. Mężczyźni nauczeni, że prośba o pomoc jest oznaką słabością, idą w zaparte i niejednokrotnie pogarszają w ten sposób swoje położenie. Sami dla siebie są też zdecydowanie mniej życzliwi i wspierający, natomiast ich cierpienie przez społeczeństwo jest niejednokrotnie uznawane za mniej ważne. Nic więc dziwnego, że popełniają samobójstwa kilkukrotnie częściej, niż kobiety. Niewłaściwy stosunek do kobiet Chłopcy, niezwykle często wychowujący się bez ojców, a nawet negatywnie do nich nastawiani przez matki, wchodzą w dorosłość z głęboko nieadekwatnym wyobrażeniem na temat relacji z kobietami. Mają swoiste poczucie misji, by je otaczać opieką, wykazywać się rycerskością, a poza tym są przesiąknięci dalece odbiegającą od rzeczywistości wizją kobiety romantycznej. Przeżywają więc zderzenie ze ścianą realiów, gdy okazuje się, że są kompletnie nieprzygotowani na przemoc psychiczną, szantaże emocjonalne, manipulacje czy hipergamię kobiet. Nierzadko dopiero podczas małżeństwa lub już na etapie rozwodzenia się albo wręcz po rozstaniu uczą się w stosunku do kobiet asertywności, wyznaczania granic, mówienia o potrzebach i emocjach, zarządzania relacją. Bardzo często płacą wysoką cenę za swój naiwny idealizm zaszczepiony im za młodu. Zmuszeni są też w galopującym tempie nadrabiać zaległości w zakresie miękkich kompetencji, o których nikt im nie powiedział, że będą niezbędne. Przechodzą również w bólach i nierzadko z ogromnymi oporami długą drogę od pantoflarzy płaszczących się przed rzekomo romantycznymi kobietami do mocno cynicznych pragmatyków lub pozbawionych złudzeń realistów. W trakcie tej osobliwej podróży marnują swój potencjał, a także zasoby takie jak czas i pieniądze, na uganianie się za kobietami – psując im przy okazji charakter i wzmagając w nich narcystyczne cechy. Dopiero na szarym końcu tej eskapady zdają sobie w końcu sprawę, że startując z poziomu uniżoności nie mają szans na stworzenie partnerskiej relacji z kobietą, bo co najwyżej mogą stać się w ten sposób jej marionetką, ewentualnie „bankomatem” bądź „emocjonalną poduszką bezpieczeństwa”. Nie mogą też liczyć na wartościowe relacje z kobietami, gdy są wobec nich uprzedzeni, ponieważ wtedy wchodzą nieprzypadkowo w związki potwierdzające ich ponure przekonania, a swoim nastawieniem wywołują wszystko to, czego najbardziej nie znoszą u pań (działa efekt samospełniającego się proroctwa). Niepewność własnej męskości Chociaż dziecko przychodzi na świat mając określoną płeć, kultura w jakiej żyjemy zdaje się to kwestionować w przypadku mężczyzn. Co gorsza oni sami kupują tę wizję. Zamiast zadawać sobie pytanie, jaka jest ich męskość i jak się manifestuje, zastanawiają się jak stać się mężczyzną. W rezultacie narzucają sobie kuriozalne rytuały przejścia, rywalizują z innymi mężczyznami o miano prawdziwego faceta. Skutki tego wszystkiego bywają opłakane. Ani libacje alkoholowe, ani zdobywanie dziesiątek czy wręcz setek kobiet, ani karkołomna jazda motocyklem na jednym kole w centrum miasta bądź brawurowe prowadzenie auta, ani forsowanie się na siłowni na sterydach, ani nawet eksploatowanie się na potęgę, by zapewnić rodzinie jak najlepszy byt nie czynią mężczyzny bardziej męskim. Mężczyzna rodzi się nim i naprawdę niczego nikomu nie musi udowadniać. Nie da się stać mężczyzną – po prostu zgłębia się i bada własną przyrodzoną męskość. Najgorszym, a zarazem powszechnie uznawanym źródłem informacji o tym, co to znaczy być „prawdziwym mężczyzną”, są kobiety, które przecież ze zrozumiałych względów obiektywnie kompletnie nic o tym nie wiedzą. Dysfunkcyjne małżeństwo Kiedy dochodzi do wypadku na drodze, zwykle to nie auto jest jego przyczyną, lecz sprawcą zdarzenia jest kierowca. Tak samo jest z małżeństwem, które może zakończyć się tragicznym finałem zwłaszcza dla mężczyzny, jeśli od początku nie będzie „prowadzone” we właściwy sposób. Biorąc pod uwagę fakt, że – w zależności od źródła danych – rozpada się od 30% do 50% małżeństw, jest to bardzo duże zagrożenie dla mężczyzn. Kobieta po rozwodzie przynajmniej ma dzieci i regularne zastrzyki gotówki. Natomiast mężczyzna jest pozbawiony rodziny, bo w najlepszym razie ma ograniczony kontakt z dziećmi, a ponadto zwykle zostaje ograbiony z majątku i na całe lata sprowadzony do roli bankomatu. Nie mając przy tym absolutnie żadnej pewności, czy alimenty rzeczywiście przeznaczane są głównie na dzieci. Biorąc dodatkowo pod uwagę późniejszy wiek emerytalny i dłuższy od kobiet średni staż pracy, wychodzi na to, że znaczny odsetek mężczyzn przez większość życia utrzymuje innych ludzi, którzy są wobec nich obojętni lub nawet wrodzy. Mając na względzie, że statystyczna kobieta jest hipergamiczna, czyli najchętniej wiąże się z mężczyzną o wyższym statusie, od początku małżeństwo jest dla mężczyzny niekorzystne. Mimo to większość mężczyzn nie ustanawia rozdzielności majątkowej i wobec tego nijak nie zabezpiecza się na okoliczność rozpadu związku. Mocno wątpliwe bywają kryteria doboru partnerki, które niejednokrotnie skazują całe przedsięwzięcie na niepowodzenie. Równie ryzykowne są główne powody, z których mężczyźni zawierają małżeństwo: zakochanie, uroda dziewczyny, bo rodzice partnerki nalegają, bo tak wypada, bo tradycja tak nakazuje… Tymczasem jedynym naprawdę godnym rozpatrzenia powodem wydaje się współcześnie chęć założenia rodziny. Niestety, jak wspomniano, rodzina ta nigdy tak naprawdę nie będzie rodziną mężczyzny, bo od razu ją straci w razie odejścia kobiety. Mężczyźni często twierdzą, iż dla sądów rodzinnych ojciec jest rodzicem drugiej kategorii. Brak kompetencji w zakresie regulacji emocji Z wielu różnych przyczyn, na których omawianie nie ma tu miejsca, mężczyźni nie posiadają umiejętności niezbędnych do radzenia sobie z emocjami. Nie wiedząc jak sobie radzić z przytłaczającymi odczuciami są zdecydowanie bardziej narażeni na nałogi, zaburzenia nawyków, szkodliwe fiksacje i negatywne następstwa poważnych zaburzeń nastroju. Rezultat jest taki, że masowo uciekają w pornografię, gry komputerowe, alkohol, narkotyki, hazard, nowinki techniczne czy pasje praktykowane bez umiaru i stanowiące przez to niezdrowy eskapizm. Coraz większym problemem jest też zespół intensywności społecznej, czyli zamykanie się przez mężczyzn we własnych hermetycznych kręgach i izolowanie w ten sposób od reszty społeczeństwa. Te towarzystwa wzajemnej adoracji czy zamknięte grupy to na przykład ekipy przyjmujących sterydy lub cierpiących na bigoreksję facetów z siłowni, odcięte od świata grona fanów wojennych gier komputerowych online, szowinistyczne lub wręcz mizoginistyczne fora dyskusyjne czy też bojówki kibicowskie albo gangi. W grupach tych panuje wypaczony obraz męskości i żywione są negatywne stereotypy o kobietach, przed którymi mężczyźni z tych kręgów czują silny, aczkolwiek mocno kamuflowany lęk. Izolacja od społeczeństwa jest formą unikania potencjalnych niebezpieczeństw, ale w perspektywie długoterminowej wzmaga lęk i w ten sposób błędne koło zamyka się, a niegroźna z pozoru emocja powoduje poważne problemy. Brak życzliwej solidarności Jak wspomniano we wcześniejszym akapicie mężczyźni potrafią się organizować i tworzyć „zaklęte kręgi”. Rzecz w tym, że nawet w nich zwykle ze sobą bardzo mocno rywalizują. Wypadają więc pod tym względem zdecydowanie gorzej niż kobiety. Panie skrzykują się, zakładają fundacje, stowarzyszenia, tworzą różne ugrupowania i walczą o kolejne przywileje, forsują korzystne dla nich rozwiązania. Tymczasem panowie pozostają daleko w tyle – rzadko kiedy powołują do życia instytucje zrzeszające znaczące ilości osób. Mężczyźni wychowywani są w duchu samowystarczalności, mają silne przekonanie, że mogą polegać tylko na sobie. W efekcie jako grupa społeczna sukcesywnie przegrywają z płcią przeciwną, która na dzień dzisiejszy walczy o przywileje, które mogą być realizowane tylko kosztem mężczyzn, a ci na to po prostu pozwalają. Nic więc dziwnego, że pozycja współczesnego mężczyzny pogarsza się, a w różnych aspektach życia społecznego bywa nawet znacznie słabsza od kobiecej. Fałszywe równouprawnienie Wątpliwym jest, by ktokolwiek jeszcze wierzył, że gdy kobieta mówi o równouprawnieniu, ma na myśli równe prawa dla obu płci, a nie własne przywileje. W efekcie zjawisko dyskryminacji mężczyzn przybiera na sile. Większość kampanii prozdrowotnych jest na rzecz kobiet. Za takie same długi alimentacyjne mężczyźni w USA otrzymują wyroki więzienia znacznie dłuższe od kobiet. Kiedy wolność kraju jest zagrożona, ginąć w jej obronie mają mężczyźni. Choć Polacy żyją średnio 8 lat krócej od Polek, mają późniejszy wiek emerytalny. Prawie zawsze prawo opieki nad dziećmi otrzymują matki. Wbrew temu, co mówią feministki głoszące hasła takie jak „przemoc ma płeć” (w domyśle męską), panowie nie rzadziej padają ofiarą przemocy ze strony kobiet, a chłopcy molestowani są praktycznie tak samo często przez matki, jak dziewczynki przez ojców. To oczywiście tylko wybrane przykłady pokazujące, że współczesny mężczyzna w społeczeństwie nierzadko traktowany jest jako osobnik gorszej kategorii, którego życie jest mniej warte od kobiecego. Powyższe zestawienie z pewnością nie wyczerpuje tematu. Czynników, które niszczą współczesnego mężczyznę jest więcej, ale tych osiem w mojej ocenie jest szczególnie destrukcyjnych.
  2. Zanim omówię radzenie sobie z przytłaczającymi emocjami zachęcam do lektury przypowieści o dwóch szklankach, którą udało mi się napisać kilka lat temu do publikacji o równowadze wewnętrznej. Wyobraźmy sobie dwie szklanki stojące na stole. Jest im dobrze gdyż są wypełnione wodą, za czym wprost przepadają. Ten stan nie trwał niestety długo. Oto bowiem nagle ktoś przechodzący obok potrąca stół. Mebel ma cztery nogi i jest ciężki, więc szybko wraca do pozycji wyjściowej. Nie można tego samego powiedzieć o szklankach. Zaczęły się chybotać, jakby miały zaraz przewrócić się i stracić całą zawartość. Pierwsza szklanka zaczęła szarpać raz w lewo, raz w prawo, byle tylko nie rozlać niczego. Walczyła dzielnie, kręciła się na obrzeżach własnego spodu, ale w końcu poległa – upadła i stoczyła się ze stołu, więc spotkał ją smutny los. Druga szklanka zamiast walczyć ze sobą podeszła do wyzwania bardziej zadaniowo. Rozumiała, że przede wszystkim musi wiedzieć, co się z nią dzieje. Spojrzała więc w lustro wiszące na ścianie, by ocenić swoją pozycję i zobaczyć na czym stoi. Postanowiła, że nie wzburzy się, nie zasmuci, ani nawet nie będzie szukać dobrych stron w tym, co zobaczy – wszystko po to, by zachować obiektywizm. Patrząc w lustro spojrzała na siebie z dystansu. Szybko zrozumiała, że wykonując ruch przeciwny do tego, który nią targa, sama sobą targnie, tyle że w drugim kierunku. Przez ułamek czasu byłaby w pozycji idealnie pionowej, denkiem równolegle do blatu stołu, ale po tej krótkiej chwili przechyliłaby się ponownie. W taki sposób nie uzyska równowagi, to pewne, a doraźna przyjemność z krótkotrwałego bycia w pozycji pionowej stanowczo nie wydała się jej satysfakcjonująca. Patrząc więc w lustro nie szła w zaparte, nie podejmowała trudu na rzecz pozornych lub krótkotrwałych rozwiązań, ale po prostu postanowiła znieść brak równowagi, który ostatecznie okazał się chwilową niedogodnością. Zniosła to, nie dała się ponieść, ustała. Co zrobiła ta druga szklanka? Zastosowała tak zwaną uważność (mindfulness). Jest to taka postawa wobec własnego życia wewnętrznego, którą charakteryzuje nieosądzająca akceptacja tego, co się tam rozgrywa. Nie jest to aprobata czy niezgoda, ale gotowość do zniesienia emocji, która w danej chwili rozgrywa się w naszym wnętrzu. W trakcie obserwujemy ją z nieomal dziecięcą ciekawością, przyglądamy się jej uważnie chcąc dociec, jaką pełni funkcję, co sygnalizuje, co się za nią kryje i jaki ma sens. Zastanawiamy się również nad tym, co ją wywołało, co poprzedziło jej powstanie – czasami bywa to inna emocja, a innym razem jakieś zdarzenie lub seria okoliczności. O ile nie szarpiemy się, nie zwalczamy tego, co czujemy, ale dajemy sobie prawo do tego, by to przeżyć, bo jest częścią ludzkiego doświadczenia, emocja ma szansę wybrzmieć i po osiągnięciu pewnego poziomu nieuchronnie zmaleć. Uważność nie jest panaceum. Nie jest idealna na każdą okazję, ale bez wątpienia w wielu przypadkach może okazać się bardzo pomocna. Dlatego uważam, że warto ją trenować. Więcej na jej temat można dowiedzieć się chociażby w tym miejscu. A jeśli nie opanowało się jej w wystarczającym stopniu, by okazała się w danej chwili zadowalającym rozwiązaniem, można też użyć wybranej strategii regulacji emocji, o których wspominałem tutaj.
  3. Radzenie sobie z emocjami, regulacja emocji

    Przede wszystkim należy wziąć odpowiedzialność za własne emocje. O tyle, o ile obwiniamy za ich wystąpienie, intensywność wszystkich dookoła, sytuację, o tyle mniejszy jest nasz wpływ na to, jak się czujemy. Nie to, co się wydarza, nie surowe doświadczenie, obiektywna rzeczywistość, ale to, jak ją interpretujemy, oceniamy, widzimy przesądza o emocjach. Istotnym jest również zweryfikowanie swoich przekonań na temat emocji. Czasami na przykład ludzie doświadczają smutku i pogarszają sprawę mając to jeszcze sobie za złe, uznając za objaw słabości, coś ze wszech miar niepożądanego. Takie podejście utrudnia dostrzeżenie, jaką funkcje pełni smutek, co sygnalizuje, jaką ma wartość. Niektóre osoby mają przekonanie, że gniew jest czymś złym, choć przecież pełni bardzo cenną funkcję – chociażby mobilizuje do obrony tego, co dla nas ważne i w tym sensie jest pożyteczny (o ile tylko nie osiąga poziomu furii, bo człowiek jest przeświadczony, iż gniew nie podlega żadnej kontroli). Szczególnie ważną kwestię jest coś, co w psychologii określa się słowem – uprawomocnienie. Polega ono na uznaniu, że emocja jest faktem i miała prawo się pojawić wziąwszy pod uwagę sposób odbierania tego, co ma miejsce w życiu osoby. Jest to rodzaj akceptacji emocji, polegającej na uznaniu jej istnienia, co jest punktem wyjścia do poddania jej refleksji i dania wyrazu. Niektóre osoby mają duże problemy z tzw. regulacją emocji (wpływaniem na to, jakie się pojawiają, ile trwają i jak są intensywne w zależności od funkcji, jaką mają spełnić w kontekście celów danego człowieka). Dotyczy to często ludzi, którzy dojrzewali w unieważniającym środowisku, gdy w odpowiedzi na przeżywanie trudnych emocji byli krytykowani, nie liczono się z ich uczuciami, uznawano je arbitralnie z nieodpowiednie, jakby mówiono im „nie czuj tak”. Emocja chce spełnić swoją funkcję, coś zakomunikować, zaakcentować pewną potrzebę lub stan, zwrócić na coś uwagę, do czegoś zmobilizować – jeśli nie uwzględnia się, że ma coś do przekazania, wzmaga się, by mimo wszystko dotrzeć do nas z tym przekazem. Brak uprawomocnienia, akceptacji istnienia emocji nierzadko pogarsza sprawę. Przykładem może być smutek odbierany jako niepożądany, a więc taki, który koniecznie trzeba jakoś tłumić, albo wymagający unikania, np. uciekając w ruminacje (nadmierne zamartwianie się), zażywanie substancji czy inne destrukcyjne sposoby radzenia sobie z emocjonalnym cierpieniem, co stosowane przewlekle powoduje różne trudności, miewa bardzo poważne konsekwencje w kontekście zdrowia psychicznego. Podsumowując, uprawomocnienie, czyli akceptacja emocji takiej jaka jest, to warunek jakiejkolwiek zmiany samopoczucia. Tylko widząc coś takim, jakie jest, można to – mówiąc metaforycznie – wziąć na warsztat, coś z tym realnie zrobić. Akceptowanie pewnej jakość, nie oznacza, że się ją aprobuje. Kwestionowanie jej istnienia zupełnia pozbawia szansy na zmianę. Jakie są konstruktywne sposoby radzenia sobie z emocjami? Kontaktując się z kimś gotowym, by słuchać, można asertywnie wyrazić emocję, co czasami okaże się wystarczające... Można podjąć aktywność zmierzającą do pozytywnej zmiany sytuacji, by poczuć ulgę (np. uczyć się więcej, by doświadczać mniejszego lęku przed egzaminem)... Można zastosować ćwiczenia głębokiej relaksacji, by zaznać częściej wewnętrznego spokoju i generalnie zmniejszyć podatność na drażliwość, gniew, stres... Można praktykować uważność, by nieosądzająco, z ciekawością obserwować swoje stany emocjonalne, które niczym fale z reguły narastają do pewnego poziomu, po czym nieuchronnie opadają... Można poddać refleksji, co się czuje i dlaczego, by wziąwszy pod uwagę inne interpretacje tego, co się dzieje, poczuć się inaczej. Jak widać konstruktywnych sposobów regulacji emocji nie brakuje, a lista ta bynajmniej nie wyczerpuje tematu. Połowa sukcesu to nie pogarszać sprawy – w miarę możliwości nie stosować destrukcyjnych, krótkowzrocznych sposobów, które co najwyżej dają doraźnie ulgę. Toksyczne sposoby radzenia sobie z trudnymi emocjami bywają różne: uciekanie w zamartwianie się, przejadanie się, uporczywe tłumienie emocji, odmawiania sobie prawa do ich przeżywania, odurzanie się alkoholem lub innymi substancjami, stosowanie innych, niż chemiczne, używek jak ma to na przykłąd miejsce u osób nadużywających pornografii lub wręcz od niej uzależnionych, rozładowywanie emocji w sposób rujnujący relacje z otoczeniem, obwinianie innych, a nawet stosowanie samookaleczania. Dobrze jest pamiętać, że jeśli doświadcza się przytłaczających emocji, z którymi nie udaje się sobie w satysfakcjonujący sposób poradzić, warto rozważyć kontakt z psychologiem, psychoterapeutą, by opanować optymalne sposoby postępowania z emocjami. Regulacja emocji często bywa jednym z bardzo istotnych tematów podczas psychoterapii, ponieważ trudności w tym zakresie (tzw. dysregulacja emocji) współwystępują z różnymi problemami psychologicznymi. Dla przykładu, choć zaburzenia odżywiania pojawiają się w efekcie takich czynników jak obraz samego siebie, perfekcjonizm, trudności interpersonalne, to liczne dowody wskazują na to, że niebagatelną rolę odgrywa tu też nieadaptacyjna regulacja emocji. Innym przykładem może być problematyczny gniew, nad czym pracuje się podczas psychoterapii pod kątem tzw. zarządzania gniewem.
  4. Jak radzić sobie z natrętnymi, obsesyjnymi myślami

    Ruminacja to słowo, które psychologia zaczerpnęła z biologii. Dotyczy "przeżuwania" myśli na jakiś temat. Wydaje się, że ta nazwa jest szalenie trafna. Niektóre zwierzęta (na przykład antylopy) pochłaniają w pośpiechu pożywienie, które następnie trafia do jednej z komór żołądką. Robią tak, bo w każdej chwili może się pojawić zagrożenie - drapieżnik. Dopiero w bezpiecznych warunkach, np. wieczorem, tak powstała miazga pokarmowa "wraca" z tej komory z powrotem do paszczy, gdzie jest przeżuwana. Wracając do psychologii, o ruminacjach mówimy wtedy, gdy "wyciągamy" z głębi umysłu częściowo przetworzone doświadczenie i "przeżuwamy" je ponownie. "Niesmak", który to powoduje, może być wyjątkowo przykry - przygnębienie, niepokój, obniżone poczucie własnej wartości... Możliwe strategie radzenia sobie z natrętnymi myślami (ruminacjami w depresji): - zamknięcie tematu poprzez przywołanie zawczasu przygotowanej odpowiedzi na dręczący dylemat („znam już odpowiedź, mam już wyjaśnienie, nie ma sensu tego dalej przerabiać, są inne sprawy do przemyślenia”) - zaplanowanie, jak się postąpi w przypadku, gdyby doszło do bardzo podobnej sytuacji, by być przygotowanym, gotowym („gdyby wydarzyło się coś podobnego, zareaguję asertywnie / zaripostuję / spojrzę na kogoś w taki sposób…”), - aby odetchnąć od natrętnych myśli można zająć uwagę czymś innym, ale powinna to być jedna czynność umysłowa, ponieważ przeciążony umysł jest bardziej podatny na obsesyjne myśli; przykłady czynności umysłowych: rozwiązywanie krzyżówek, gra logiczna online, liczenie od 1000 co 3, uważna lektura...), - pozwolenie sobie na „przemyśliwanie”, „przeżuwanie” danej sprawy lub kwestii, ale tylko przez określony czas, na przykład 10-30 minut, zawsze w tym samym miejscu i o tej samej porze, by poza miejscem i obranym terminem temat nie powracał. Możliwe strategie radzenia sobie z obsesyjnymi myślami (ruminacjami) występującymi w zaburzeniu obsesyjno-kompulsyjnym: - uzmysłowienie sobie i wytłumaczenie, że myśl jest tylko myślą, przemyka przez umysł, ale do niczego nie musi prowadzić, niczego nie musi wywoływać, jest zaledwie jedną kroplą w stale płynącym potoku innych myśli, - zwiększenie tolerancji na natrętne myśli poprzez wykorzystanie zjawiska habituacji (oswajając się z czymś, co nas niepokoi, w końcu stajemy się na to obojętni; można więc minimum 3 godziny dziennie przez 10 dni z rzędu całkowicie zająć się daną myślą wypisując ją w notesie w różnych wariantach, albo nagrać ją na dyktafon i odtwarzać [np. w słuchawkach] aż stanie się niesłyszalnym tłem, jak dźwięk wydychanego powietrza, szum za oknem, których to dźwięków nie słyszymy, bo do nich przywykliśmy); w tym czasie należy powstrzymać się od wszelkich kompulsji, które łagodzą niepokój podczas doświadczania natrętnych myśli. Możliwe strategie radzenia sobie z obsesyjnymi myślami (ruminacjami) występującymi w zaburzeniu obsesyjno-kompulsyjnym oraz z ruminacjami w depresji: - praktykowanie mindfulness (uważność), dzięki której – mówiąc metaforycznie – traktujemy umysł jak pogodę, a myśli jak przemijające zjawiska atmosferyczne… natomiast emocje traktujemy jak fale, które, jeśli tylko im na to pozwolimy, narastają do krytycznego poziomu a potem nieuchronnie maleją; myśli nie osądza się i nie ocenia, uznaje się po prostu, że są – jak kolejne wagony długiego pociągu przesuwają się przez naszą uwagę, i nic ponad to.
  5. Jak radzić sobie z gniewem, ze złością

    Problematyczny gniew, wymykająca się spod kontroli złość, nieadekwatna drażliwość rozrastająca się aż do wybuchu… Oto niektóre problemy osób, korzystających z psychoterapii. Kiedy człowiek jest wściekły, jego organizm mobilizuje się do walki, myśli krążą wokół potrzeby „wyrównania rachunków”. Złość sama w sobie jest funkcjonalną, pożyteczną emocją – usprawnia nasze działanie, gdy wymagana jest stanowcza reakcja w obronie własnych granic, dóbr, dobrego imienia, wartości. Kiedy jednak wściekłość zaczyna się pojawiać w nieadekwatnych momentach, drastycznie nam szkodzi, rujnuje nasze relacje z innymi, a nawet z samym sobą, wtedy jest złością destrukcyjną. Problematycznie gniew jest emocją, która wprawdzie nasila się w wybranych momentach, ale trudności tej towarzyszy zwykle ogólne podenerwowanie, drażliwość. Człowiek ma słabe punkty, które łatwo wyprowadzają go z równowagi, jakby stale trwał w pozycji narażającej go na taki obrót sprawy. Czym jest złość? Złość, gniew to emocja, której towarzyszą zwykle następujące objawy: napięcie mięśni, podwyższenie ciśnienia krwi, przyśpieszenie akcji serca, długo utrzymująca się drażliwość, podminowanie, epizody wściekłości. Gniewowi towarzyszą myśli dotyczące tego, że inni są zagrażający lub ranią, łamią zasady albo postępują nieuczciwie, nie w porządku. Zachowania towarzyszące złości to działania obronne, związane z oporem lub ofensywne, kłótliwe, atakujące, a czasami wycofywanie się (aby kogoś ukarać lub samemu się obronić). Schemat gwałtownych i częstych ataków złości częstokroć wynika z przekonania, że można się obronić poprzez konfrontację. Warto też podkreślić, że w przypadku osób, które w przeszłości wielokrotnie doświadczały przemocy, problem ze złością może mieć inny charakter (zamiast reagować adekwatnym gniewem osoba może się wycofywać i reagować smutkiem, poczuciem winy, depresyjnością). Leczenie problematycznego gniewu - psychoterapia i zarządzenie gniewem Psychoterapia osób, które zmagają się z „toksyczną” złością, stwarzającą problemy i wpędzającą człowieka w różnorakie tarapaty, odbywa się poprzez: Zmianę struktur poznawczych (zmiana swojego sposobu myślenia, przekonań, interpretacji różnych zdarzeń i zachowań innych osób). Uczenie przewidywania i przygotowywania się do sytuacji, które mogą wzbudzić gniew. Uczenie rozpoznawania oznak, że „zanosi się na gniew”, by w konstruktywny sposób zareagować w porę, nim dojdzie do wybuchu wściekłości. Uczenie doraźnych technik radzenia sobie z intensywną złością w sytuacjach awaryjnych (gdy szansa na zapanowanie nad sobą jest nikła). Uczenie asertywności, by wyrażać gniew w adekwatny, nieagresywny sposób i radzić sobie bez nadmiernej złości w sytuacjach konfliktowych, spornych. Jak radzić sobie z destrukcyjnym gniewem, złością - wstępne porady: Gdzie szukać pomocy? Użyteczny bywa udział w warsztatach asertywności i treningach relaksacji (która ogólnie obniża napięcie, a więc podatność na wybuchy złości). Najważniejsze jest jednak przepracowanie własnego sposobu myślenia i w tym celu warto skorzystać z psychoterapii indywidualnej. Gabinet psychoterapii Ocal Siebie oferuje psychoterapię także przez Internet z wykorzystaniem darmowego programu Skype z pisemnymi raportami po każdej sesji oraz dostępem do platformy online z zadaniami do prac osobistych.
  6. Test poziomu stresu

    W celu określenia poziomu stresu policz, ile z poniższych objawów stresu doświadczyłeś w istotnym natężeniu / znaczącym stopniu w ciągu minionych 30 dni. Objawy fizyczne: Bóle głowy (migrena lub napięcie) Bóle pleców Napięcie mięśni Ból szyi lub ramion Napięcie szczęki Skurcze mięśni Mdłości Bezsenność Zmęczenie, brak energii, szybka męczliwość Zimne ręce i/lub stopy Napięcie lub ucisk w głowie Wysokie ciśnienie krwi Biegunka Zmiany na skórze (np. wysypka) Alergie Zgrzytanie zębami Rozstrój żołądka (skurcze, wzdęcia) Ból żołądka lub wrzody Zaparcie Hipoglikemia Zmiany łaknienia Przeziębienia Obfite pocenie się Przyśpieszone lub mocne bicie serca, nawet w stanie spoczynku W stanie zdenerwowania przyjmowanie alkoholu, nikotyny lub innych substancji psychoaktywnych Objawy psychiczne: Lęk Depresja Dezorientacja lub zamroczenie Zachowania kompulsywne (silny przymus wewnętrzny zrobienia czegoś) Roztargnienie Uczucie nadmiernego obciążenia lub przytłoczenia Nadpobudliwość – poczucie, że nie możesz zwolnić tempa Wahania nastroju Częsta drażliwość Samotność Problemy z relacjami Niezadowolenie z pracy Trudności z koncentracją Niepokój / nerwowość Częste znudzenie Częste martwienie się lub obsesyjne myśli Częste poczucie winy Wybuchy złego humoru Wybuchy płaczu Koszmarny senne Apatia Problemy seksualne Zmiana masy ciała Przejadanie się W przypadku wskazania do 7 objawów, można mówić, że poziom stresu jest niski. 8-14 objawów oznacza umiarkowany stres. 15-21 wysoki stres. Więcej niż 22 wskazane objawy oznaczają bardzo wysoki stres. Jeśli niepokoją cię uzyskane wyniki i chciałbyś / chciałabyś poznać pozytywne strategie radzenia sobie ze stresem, polecamy psychoterapią lub warsztaty dla firm prowadzone przez specjalistów z naszego gabinetu.
  7. Zmniejsza lęk, depresję, stres

    Pacjentom zmagającym się ze nadmiernym, chronicznym stresem, z depresją, lękiem uogólnionym, a nawet z predyspozycją do napadów paniki, zaleca się systematyczne ćwiczenia fizyczne. Dlaczego? Regularne treningi mają korzystny wpływ na kilka czynników fizjologicznych, które leżą u podłoża lęku. Powodują one: zmniejszenie napięcie mięśni szkieletowych, które jest w znacznym stopniu odpowiedzialne za poczucie „spięcia”, przyśpieszenie metabolizowania nadmiaru adrenaliny i tyroksyny, których obecność krwiobiegu zwykle podtrzymuje stan wzbudzenia, rozładowanie uwięzionej frustracji, która może zaostrzać reakcje lękowe lub napady paniki. Ponadto ćwiczenia fizyczne mają też szereg ogólnie dobrych efektów, do których należą między innymi: lepsze utlenowanie krwi i mózgu, co korzystnie wpływa na koncentrację, intensywniejsze wytwarzanie endorfin, substancji w naturalny sposób znieczulających i poprawiających samopoczucie, obniżenie pH krwi, co zwiększa poziom energii, poprawa krążenia, poprawa trawienia i wykorzystania spożytego pożywienia, poprawa wydalania (przez skórę, płuca i jelita), obniżenie ciśnienia, regulowanie masy ciała i masy mięśniowej, regulacja stężenia cukru we krwi. Wszystkie te czynniki fizjologiczne przekładają się na lepsze funkcjonowanie psychiczne. Poprawiają nastrój, zmniejszają drażliwość, niwelują bezsenność, polepszają zdolność koncentracji i zapamiętywania, dają poczucie łączności ze swoim ciałem i jego reakcjami co korzystnie wpływa na przekonanie o samokontroli, co jest kluczowe dla zapanowania nad negatywnymi przejawami lęku. Ponadto, ogólnie zmniejszają depresyjność, mogą też mieć korzystny wpływ na poczucie własnej wartości. Tymczasem unikanie ćwiczeń fizycznych przekłada się na słabą kondycję, co skutkuje łatwiejszą męczliwością, chronicznym napięciem mięśni, pozbawia naturalnej ochrony przed lękiem i obniżonym nastrojem, może przekładać się na ogólne zmęczenie, bezwładność, znużenie. Grozi także otyłością, słabym tonusem mięśniowym, przykrymi odczuciami bólowymi i związanymi z wyczerpaniem po względnie niewielkim wysiłku fizycznym jak wchodzenie po schodach czy krótka przebieżka na przykład na przystanek. Słaba kondycja negatywnie wpływa także na jakość pożycia seksualnego. Trening należy opracować z uwzględnieniem swojego wieku i aktualnych możliwości i uwarunkowań zdrowotnych. Generalnie jednak lepszy jakikolwiek ruch niż żaden. Jeśli nie wchodzą w grę aktywności jak jazda na rowerze, pływanie czy treningi aerobowe, warto przynajmniej wybierać się na co najmniej półgodzinne względnie szybkie spacery przynajmniej kilka razy w tygodniu. Rozwiązaniem może też być coraz popularniejszy Nordic Walking. W miarę możliwości warto uprawiać sport na świeżym powietrzu, gdyż wówczas czerpiemy dodatkowo korzyści z korzystnego, przeciwdepresyjnego oddziaływania światła słonecznego i dotlenienia się oraz przyjemnej zmiany otoczenia. W przypadku poprzestawania na ćwiczeniach w pomieszczeniach, warto rozpatrzyć zakup lampy do światłoterapii, która jest szczególnie pomoc w okresie jesiennym i zimowym, poprawia nastrój i niweluje senność za dnia. Oczywiście wszystko z umiarem. Nie chodzi o przetrenowywanie się czy nadwerężanie. Optymalne rezultaty uzyskuje się podejmując adekwatny do możliwości wysiłek. W przeciwnym wypadku, gdy się przesadza, negatywne skutki mogą zniwelować korzyści lub wręcz je przerosnąć. Dbajmy o siebie nie popadając w skrajności. Ewentualne trudności w mobilizacji do regularnych ćwiczeń mogą być przedmiotem konsultacji psychoterapeutycznej. Najczęściej deklarowane problemy to niemożność znalezienia czasu na ćwiczenia, chroniczne zmęczenie utrudniające rozpoczęcie treningów, odczuwanie silnego znudzenia w trakcie ćwiczeń, frustrowanie się różnymi niedogodnościami wynikającymi z konieczności wychodzenia na zewnątrz czy wybierania się na siłownię, przeświadczenie że jest się zbyt starym do podjęcia ćwiczeń, skargi związane z nadwagą, ze wstydem, bądź nierealistyczne oczekiwania, że sporadyczne treningi przyniosą przełomowe rezultaty. Jeśli zaś chodzi o sam dobór ćwiczeń - to także może być przedmiotem dyskusji z terapeutą, jakkolwiek w tej akurat kwestii warto skonsultować się także ze specjalistą na przykład na siłowni.
  8. Jak rozwiązywać problemy - strategia

    [1] Na wstępie należy uznać, że problem bądź trudność stanowi wyzwanie. Nie jest po prostu nieszczęściem, które nas spotyka, lecz przeszkodą, którą musimy pokonać. Ważne, by rozumieć, iż perturbacje są naturalną częścią życia, nieodłącznym elementem egzystencji, nie zaś czymś w rodzaju okrutnego zrządzenia losu czy przeklętego fatum. Pamiętając, że w istocie stawiamy czoła trudnościom przez całe życie i większości jesteśmy w stanie podołać, możemy przyjąć odpowiedzialność za rozwiązanie problemu, co również jest niezwykle istotne. [2] Kolejny etap to dokładne określenie, co konkretnie jest problemem, na czym polega, czym precyzyjnie objawia się i jakie są fakty na jego temat. Chodzi o próbę jak najbardziej obiektywnego opisania danej trudności bez wyciągania daleko idących wniosków z tego, że się pojawił, osądzania siebie czy wartościowa samego problemu jako niezasłużony czy niesprawiedliwy. Skoro zaistniał, a naszym celem jest rozwiązanie go tak dobrze, jak jesteśmy w stanie, analogicznie jak to robiliśmy dotychczas ze wszystkimi innymi trudnościami, ważne by ustalić wszystkie niezbędne informacje. Pomocne może być odpowiedzenie na pytania: KTO? CO (SIĘ STAŁO)? KIEDY? GDZIE? Kiedy już to zrobimy, koncentrujemy się na swoich oczekiwaniach względem tego, co przyniesie rozwiązanie problemu. Jakie są nasze potrzeby i jakie są cele, które chcemy osiągnąć rozwiązując trudność. Następnie staramy się wybrać taki cel, który jest najistotniejszy – jest to szczególnie ważne zwłaszcza wówczas, gdy cele stoją ze sobą w konflikcie lub nie pokrywają się. Na tym etapie uwzględniamy także inne strony – osoby, które są zaangażowane w sytuację problemową, uwikłane w samą trudność lub takie, na które rozwiązanie problemu może wpłynąć. Rozpatrujemy ich potrzeby uwzględniając zachowania tych osób, to jak mogą się zachować w przyszłości, jaki jest kontekst, w którym postępują w określony sposób, oraz jakie sami mielibyśmy cele na ich miejscu. Kolejnym krokiem jest refleksja nad strategią poszukiwania rozwiązań. Formułujemy odpowiedzi na pytanie: JAK MOŻNA SZUKAĆ ROZWIĄZAŃ. Nie chodzi jeszcze o potencjalne rozstrzygnięcia, ale o to, skąd w ogóle czerpać pomysły na koncepcje uporania się z trudnościami. To bardzo ważny etap, ponieważ częstokroć okazuje się, że potrzebujemy najpierw dotrzeć do źródeł pomocy czy wsparcia, które to źródła dostarczą nam informacji o skutecznych rozwiązaniach. Czasem okazuje się też, że przed przystąpieniem do rozplątywania właściwych trudności najpierw trzeba uporać się z innymi komplikacjami i przeszkodami – rozwiązać pośrednie problemy. Ważne także, by swoje cele formułować pozytywnie (np. „Jak polepszyć relację z małżonkiem” zamiast „Jak nie kłócić się z małżonkiem”). Warto rozpatrzyć też, czy wszystkie uwzględniane posunięcia są z etycznego i prawnego punktu widzenia w porządku, gdyż w przeciwnym wypadku mogą pogarszać sprawę lub rozplątywać jedne kwestie, ale kosztem pojawienia się innych. [3] Trzeci etap polega na formułowaniu możliwych rozwiązań. Najpierw niczym podczas burzy mózgów generujemy jak najwięcej rozwiązań, uwzględniamy też te podsunięte przez inne osoby i źródła. Potem spośród tej listy wybieramy rozstrzygnięcia, które są faktycznie możliwe do realizacji. Nie należy żywić się złudzeniami, zakładać nierealnie optymistycznych scenariuszy lub polegać na dalece niepewnych bądź naiwnych koncepcjach. W doborze najbardziej adekwatnych rozstrzygnięć spośród listy także mogą nam pomagać inne osoby, a nawet jest to wskazane, by ktoś oprócz nas zabrał głos w tej sprawie, co pozwoli nieco zobiektywizować cały proces. [4] Spośród wybranych możliwych do realizacji rozwiązań wybieram najbardziej skuteczne i ustawiamy je w hierarchii. Rozstrzygając, czy dany sposób jest skuteczną strategią warto zadać sobie następujące pytania: czy określone rozstrzygnięcie zaspokoi moje potrzeby i przyczyni się do osiągnięcia cel i w jakim stopniu, czy uwzględnia potrzeby innych osób związanych z daną kwestią, czy nie spowoduje powstania innych problemów, czy jest legalne i społecznie akceptowalne, czy na pewno jest możliwe do urzeczywistnienia. Jeśli wybrane rozwiązanie jest złożone, rozpisujemy wszystkie niezbędne fazy, by móc działać krok po kroku. Każdą taką fazę możemy potraktować jako osobny problem. W takim wypadku pomocne jest rozrysowanie i rozpisanie sobie wszystkiego, by nie pogubić się. [5] Po dokonaniu wyboru najbardziej skutecznej strategii (w następnej kolejności „zapasowych” alternatywnych rozwiązań, które można by zastosować, gdyby pierwsze z jakichś względów okazało się niewykonalne lub nieskuteczne), ustalamy jak ją zastosujemy. Opracowujemy też sposób, w jaki zweryfikujemy czy dany krok przyniósł wystarczająco dobre rezultaty, by móc poczynić krok następny. Ustalamy również konkretny przedział czasowy (kiedy zaczynamy, jak długo próbujemy przed zmianą strategii), ewentualny budżet, by nie zabrakło nam środków, oraz metody motywowania się do wytrwania w realizacji postanowień (na przykład drobne, ale konsekwentnie przyznawane nagrody). Jeżeli rozwiązywanie problemu jawi się jako ewidentnie czasochłonne należy również postarać się o zwiększenie własnej tolerancji na życie z daną trudnością. Warto założyć, że może być potrzebne czyjeś wsparcie emocjonalne, by z powodu psychicznego wycieńczenia, rezygnacji, frustracji czy bólu nie poddać się i mimo wszystko nie przerywać procesu rozwiązywania problemu.
  9. Perfekcjonizm - dar czy przekleństwo?

    Perfekcjonizm rozumiany po prostu jako skłonność dążenia do doskonałości i najwyższych standardów nie jest bynajmniej czymś złym. Może jednak przybrać wprost niezdrową postać, gdy zaczyna powodować niemożność dokończenia określonych zadań, wieczne niezadowolenie z wyników, niekończące się ulepszanie kosztem terminów, i ogólnie elastyczności w doborze przedsięwzięć z obawy przed niemożnością ich wykonania perfekcyjnie. Może prowadzić do udręki, wyczerpania, nadmiernego stresu, chronicznego nieusatysfakcjonowania, notorycznego unikania projektów skądinąd możliwych do wykonania, ale postrzeganych jako zbyt trudne do zrobienia idealnie. Innymi słowy niezdrowy perfekcjonizm może zaburzać funkcjonowanie i być raczej przekleństwem aniżeli przymiotem. Kiedy możemy mówić o „zdrowym” perfekcjonizmie a kiedy o „toksycznym”? Porównajmy… ZDROWY przekłada się na dobrą organizację, sumienność, zmotywowanie, nienaganne standardy pracy, ambicję, traktowanie niepowodzeń jako okazje do nauki, wysoką samoocenę, obieranie celów w realistycznych granicach, czerpanie przyjemności nie tylko z osiągania celu, ale i procesu dążenia do niego. TOKSYCZNY wiąże się z niepokojem w związku z obawą przed krytyką, z niepodejmowaniem nowych wyzwań z uwagi na lęk przed porażką lub niemożnością osiągnięcia ideału, postrzeganie niepowodzeń jako swoistych „dowodów” na rzecz tezy o własnej bezwartościowości, niską samooceną, chronicznym stresem ze względu na dążenie do irracjonalnych celów niemożliwych do osiągnięcia lub nieosiągalnych w określonym czasie, koncentracją tylko na celu bez czerpania satysfakcji z procesu dążenia do niego, brakiem zadowolenia z osiągniętych rezultatów, poczuciem przytłoczenia, udręki, wyczerpania. W efekcie toksyczny, negatywny, niezdrowy perfekcjonizm prowadzi do nadmiernego stresu i innych przykrych konsekwencji trwania w przeświadczeniu, że nigdy nie jest się dość dobrym. Kiedy możemy mówić o groźbie popadnięcia w niezdrowy perfekcjonizm? Z pewnością warto się zastanowić nad swoją postawą i rozważyć kontakt z psychologiem lub psychoterapeutą, gdy zgadzasz się z więcej niż połową poniższych tez: Popełniwszy jakiś błąd rozpamiętujesz go oraz obwiniasz się nie mogąc się z tym pogodzić i o tym zapomnieć. Przymierzając się do wielu zadań opracowujesz wyjątkowo dokładną listę rzeczy do wykonania. Tak naprawdę nieczęsto jesteś usatysfakcjonowany ze swoich wyników. Nierzadko bywa, że nie daje Ci spokoju myśl o tym, iż coś mogłeś zrobić lepiej. Jeśli nie byłoby konkretnego terminu na ukończenie danej pracy pewnie siedziałbyś nad nią bez końca nanosząc kolejne poprawki. Miewasz problemy z definitywnym zakończeniem zadań bo wciąż masz przeświadczenie, że coś da się zrobić jeszcze lepiej. Z góry zakładasz, że czynność wykonywana względnie szybko najpewniej jest wykonana nie dość dobrze lub wręcz jest zrobiona niechlujnie. Bywało, że inni mieli Ci za złe lub stawali się podirytowani, gdy próbowałeś wymusić na nich własne najwyższe standardy. Działają Ci na nerwy ludzie, którzy nie stawiają sobie wysokich wymagań. Nie potrafisz zwrócić się do innych po pomoc bo bierzesz za punkt honoru wykazanie się i zrobienie czegoś samemu doskonale, albo po prostu jesteś zdania, że nikt inny nie wykona roboty tak starannie jak Ty. Zwykle kilkukrotnie sprawdzasz wiadomości i zadania przed wysłaniem, by uniknąć jakichkolwiek błędów. Gdy coś idzie nie tak, obwiniasz siebie. Nawet ukończywszy jakieś zadanie przed czasem, do ostatniej chwili sprawdzasz czy nie ma błędów. Kluczowe jest dla Ciebie to, czy uda się precyzyjnie osiągnąć określony cel, a nieosiągnięcie go uznajesz za porażkę, nie bacząc na to, ile zdołałeś zrobić. Nieczęsto jesteś w pełni zadowolony ze swoich efektów. O zadaniach myślisz raczej, że „musisz” albo „należy” je wykonać, a nie że „chcesz” lub „masz ochotę”. Jesteś zdania, że tylko dzięki niebagatelnym osiągnięciom zyskasz uznanie innych ludzi. Bardzo źle znosisz krytykę. Przywiązujesz wagę do tego, jak oceniają Cię inni i co o Tobie myślą. Niejednokrotnie słyszałeś, że przywiązujesz zbyt dużą wagę do szczegółów, przesadzasz w kwestii dążenia do doskonałości. Kategorycznie odmawiasz sobie prawa do popełniania jakichkolwiek błędów. Masz skłonność do porównywania się z innymi.
  10. Prokrastynacja czyli totalne odwlekanie

    Czy znasz to uczucie, gdy przed wykonaniem jakiejś czynności powstrzymuje Cię narastające obrzydzenie, które można by porównać do rosnącej bariery? Im dłużej zwlekasz, tym większy wstręt odczuwasz do danej aktywności. Nie dość, że wydatnie opóźnia to działania, to na dodatek narastające negatywne odczucia powodują coraz większy dyskomfort, który obrzydza praktycznie wszystko, co robisz. Czasem przykry stan zohydza nawet z reguły przyjemne aktywności, bo w ich trakcie człowiek i tak jest dobitnie obarczony perspektywą nieuniknionej pracy do zrobienia, co po prostu nie daje spokoju. Dramatyczne próby odwlekania bywają wprost epickie – w pośpiechu usiłuje się znaleźć jakąś czynność, która przyniesie ulgę, choć na chwilę zelży odczuwany dyskomfort. Desperacko przeszukuje się Internet lub wykonuje inne działania „zastępcze”, byle zagłuszyć przykre odczucia i narastające, dające się we znaki poczucie obowiązku względem nieuniknionej czynności lub działania, które traktujemy jako konieczność. W istocie odwlekanie częstokroć bywa bardziej wyczerpujące aniżeli sama realizacja konkretnego celu, projektu, przedsięwzięcia. Niekiedy to kwestia odwlekania w ciągu dnia wykonania jakiejś nudnej, nieciekawej lub uciążliwej czynności. Innym razem – przeciągania w nieskończoność rozpoczęcia założonych niegdyś działań jak regularne ćwiczenia fizyczne, pisanie pracy magisterskiej czy poszukiwanie pracy. W każdym z tych wypadków odwlekanie nie tylko pogrąża w negatywnym nastroju (powodowanym dyskomfortem z racji poczucia winy, stresu, świadomości, że im dłużej się zwleka, tym większy konieczny będzie pośpiech), ale także utrudnia wykonywanie innych działań z uwagi na nieustające przeświadczenie o tym, że są tylko zastępcze. Warto pamiętać, iż notoryczne odwlekanie może być oznaką zaburzenia o nazwie prokrastynacja (patologiczne zwlekanie, tendencja do nieustannego odkładania na później). Z drugiej strony odkładanie na później pewnych czynności przytrafia się wielu z nas i nie musi być wcale powodem do zmartwień, a raczej pretekstem do pracy nad sobą. Motywacji do podjęcia unikanego poprzez odwlekanie działania może sprzyjać już sama świadomość, że im dłużej będzie się to robić, tym dłużej będzie się przeżywało przykre uczucia związane z „nadciąganiem nieuniknionego”. Bardzo, bardzo często okazuje się, że realizacja unikanego działania wiąże się ze znacznie mniejszym dyskomfortem niż ten towarzyszący długiemu odwlekaniu, a poza tym wiąże się z pewną nagrodą w formie pozytywnych uczuć jak satysfakcja, relaks po wykonaniu „brudnej roboty”. Alarmująca może być natomiast sytuacja, gdy notoryczne odwlekanie zaczyna występować w zachowaniu osoby, która dotychczas tak raczej nie postępowała. Szczególnie, jeśli dotyczy to wykonywania obowiązków służbowych. Może to być symptom narastającego wypalenia zawodowego lub wzmagającej się ponad krytyczny poziom frustracji w związku z nieusatysfakcjonowaniem bieżącą pracą. Warto być wyczulonym na takie sygnały i reagować na nie w porę, nim zabraknie sił do wydajnej aktywności zawodowej (a także do poszukiwania nowej posady). Energia psychiczna rozumiana jako zdolność do wydajnego i konstruktywnego zmagania się z wymogami sytuacji bywa niestety obniżona tak dalece, że trudno wybrnąć z położenia wywołującego dyskomfort. Także w tym wypadku odwlekanie jest zatem złą strategią. U podłoża destrukcyjnego odwlekania mogą leżeć lęki, niezdrowy perfekcjonizm, brak poczucia własnej wartości. Powodem mogą być też echa negatywnych zapatrywań na temat swojej skuteczności bądź depresyjne przeświadczenie o braku sensu podejmowania pewnych czynności z uwagi, na przykład, na zmniejszoną zdolność odczuwania radości - w tym wypadku cieszenia się z efektów. Pomoc psychoterapeuty może być bardzo konstruktywna.
  11. Wypalenie zawodowe - test

    Przeanalizuj starannie dziesięć ostatnich miesięcy. Czy zauważyłeś jakieś zmiany u siebie lub w swoim otoczeniu? Traktuj wybraną liczbę jako stopień zmian, jakie zaobserwowałeś. Podsumuj i sprawdź wynik. Zdecydowanie NIE - 1; Raczej NIE - 2; Czasami - 3; Raczej TAK - 4; Zdecydowanie TAK - 5 Łatwiej się męczysz? Jesteś wyczerpany, bez energii? Irytują cię ci, którzy mówią: "Nie wyglądasz najlepiej od jakiegoś czasu"? Pracujesz coraz więcej, ale twoja wydajność/sprawność stale maleje? Obserwujesz u siebie więcej cynizmu i czujesz się pozbawiony złudzeń? Odczuwasz często melancholię/przygnębienie, którego nie potrafisz wyjaśnić? Zapominasz czasem o spotkaniach, rachunkach, sprawach osobistych? Jesteś bardziej poirytowany i reagujesz w sposób wybuchowy wobec swojego otoczenia? Coraz rzadziej widujesz się z rodziną i serdecznymi przyjaciółmi? Jesteś zbyt zajęty, aby regularnie zajmować się np. czytaniem sprawozdań, odpowiadaniem na telefony czy wysyłaniem kartek z życzeniami? Cierpisz na dolegliwości fizyczne (boleści, ból głowy, uporczywy katar)? Czujesz się zagubiony/przegrany, kiedy kończy się dzień pracy? Masz wrażenie, że opuściły cię takie nastroje jak wesołość czy radość? Jesteś niezdolny do zaakceptowania kawałów/dowcipów na swój temat? Aktywność seksualna wydaje ci się raczej szkodliwym wysiłkiem niż źródłem przyjemności? Odkrywasz, że nie masz nic do powiedzenia inny ludziom? Jeśli osiągnąłeś wynik: 0-25: Wszystko w porządku. 26-35: Powinieneś zwrócić uwagę na niektóre aspekty twojego życia. 36-50: Jesteś kandydatem do wypalenia zawodowego. 51-65: Jesteś w trakcie zawodowego wypalania się. 66: Osiągnąłeś punk krytyczny - twoje zdrowie fizyczne i psychiczne jest zagrożone! Quiz został utworzony na podstawie testu H.J Freudenberger, La Brulure interne, Inedit, 1988). INFORMACJE O WYPALENIU ZAWODOWYM W dobie szalejącego kryzysu i bezrobocia ludzie są szczególnie skłonni angażować się w pracę ponad miarę, w niezdrowy sposób, lekceważąc przy tym swoje potrzeby. Co gorsza, korporacje – przynajmniej na niektórych stanowiskach – z premedytacją eksploatują swoich pracowników de facto doprowadzając ich do syndromu wypalenia zawodowego. Żerując na zaangażowaniu, determinacji i entuzjazmie ludzi wydobywają z nich maksimum możliwości, a gdy ich wydolność zaczyna spadać, co jest tylko kwestią czasu, zmieniają na nowych. Cykl ten jest powtarzany bez końca, a jako że rynek jest rynkiem pracodawcy, praktycznie w żaden sposób nie da się temu zaradzić. Kultura korporacyjna (organizacyjna) pod względem kluczowych z punktu widzenia pracownika wartości bywa po prostu fasadowa – deklarowane atrybuty nie mają pokrycia w rzeczywistości. Jednostka jest jak bateria – opróżniana z energii, entuzjazmu, kreatywności, pomysłów, a potem brutalnie wymieniana na nową. Ludzie, zwłaszcza młodzi, potrzebują pola do popisu – kariera w korporacji może jawić się jako właśnie tego rodzaju sposobność do pokazania na co ich stać. Początkowo czują się częścią czegoś wielkiego, odnoszą wrażenie, że mają w tym swój udział, więc z zapałem angażują się w to maksymalnie. Z czasem czar pryska, a pogoń po szczeblach kariery zaczyna się jawić jako wyścig szczurów, w którym trzeba poświęcać coraz więcej ze swojego życia, prywatności, czasu i priorytetów. Początkowy prestiż wynikających z bycia w korporacji przestaje cieszyć, ale wciąż jeszcze przed samym sobą udaje się, że „to jest to!”; w końcu jednak sił na robienie dobrej miny do złej gry zaczyna braknąć. Człowiek nagle zdaje sobie sprawę, że zatracił się, przestał być sobą, kultura organizacyjna zastąpiła jego własny system wartości, zaś on sam stał się kimś, kogo samemu nie poznaje w lustrze. Takie są efekty uzależnienia od wynalazku o nazwie „system motywacji pracowników”, który ma ich utrzymać w ryzach i na maksymalnie wysokich obrotach tak długo jak to możliwe. Metoda kija i marchewki w korporacyjnym wydaniu to nic innego jak hodowla pracoholików, którzy pod wpływem starannie opracowanych oddziaływań zatracają się i poddają krańcowej eksploatacji. Używając jeszcze innej metafory, niejedną korporację można przyrównać do ateistycznej sekty, w której czci się nie człowieka, lecz inne wartości, o zdrowie pracowników troszcząc wyłącznie na tyle, na ile to konieczne. Pocieszające, że nie każda korporacja działa w ten sposób, jakkolwiek specyficzna struktura tego typu organizacji sprawia, że poprzez zarządzanie stresem (kij) i profitami (marchewka) ludzie bezwiednie popadają w wyczerpujący cug, który kończy się wypaleniem zawodowym. WYPALENIE ZAWODOWE - PRZYCZYNY Nie zawsze wypalenie zawodowe jest głównie efektem destrukcyjnej strategii stosowanej przez korporacje z rozmysłem. Częstokroć winę ponosi zwykła ludzka ignorancja. Bywa tak, że menadżerowie, ludzie na stanowiskach kierowniczych kwestionuję w ogóle istnienie czegoś takiego jak „syndrom wypalenia zawodowego”, co jest dowodem niekompetencji, niewiedzy lub gruntownego niezrozumienia natury tego złożonego zjawiska. Ignorancja jest także problemem u pracowników, którzy zamiast w mądry sposób troszczyć się o własną równowagę i dobre zdrowie psychiczne, bezrefleksyjnie poświęcają się dla pracy w stopniu dalece wykraczającym poza zdroworozsądkowe normy, poddając długotrwałemu stresowi. Obok chorej, destrukcyjnej kultury organizacyjnej i skrajnie eksploatującego systemu pracy, równie istotnymi czynnikami wzbudzającymi długotrwały stres wyraźnie zwiększający podatność na wypalenie zawodowe są między innymi: niesatysfakcjonująca forma zatrudnienia, niezdrowe relacje między pracownikami, konflikty interpersonalne w miejscu pracy, mobbing, ilościowe oraz jakościowe przeciążenie/niedociążenie pracą, czynniki osobowościowe (osobowość typu A i typu C). Na wypalenie zawodowe szczególnie narażone są osoby chronicznie znajdujące się pod wpływem wyżej wymienionych czynników przekładających się na długotrwały, narastający stres, oraz osoby, które generalnie przedkładają pracę ponad własne zdrowie psychiczne. Pracowanie na granicy własnych możliwości, odsuwanie na dalszy plan lub inna forma lekceważenia własnych potrzeb, bezrefleksyjne przyjmowanie na siebie nadmiaru obowiązków i nowych zadań, angażowanie się w pracę „całym sobą” („całym sercem”) bez wytchnienia, bez czasu na relaks i inne aktywności, po godzinach, stale „będąc myślami w pracy”. Na początkowym etapie taki entuzjazm i stosunkowo umiarkowany poziom stresu są konstruktywne – wydajność rośnie. Z czasem jednak sytuacja ulega zmianie – stresorów (czynników wywołujących stres) przybywa, obowiązków i zadań też jest coraz więcej, „praca przestaje być w centrum, staje się centrum”. Pojawia się zmęczenie, a po nim wyczerpanie, pogorszenie stanu zdrowia, dobitny spadek wydajności i w końcu następuje załamanie. Sygnały ostrzegawcze na poziomie emocji to: przygnębienie, rozczarowanie aktualną sytuacją, brak pozytywnej wizji przyszłości, zwątpienie, a później stany depresyjne, utrata poczucia własnej wartości, zgorzknienie, frustracja a wraz z nią agresja w stosunku do innych, zwłaszcza bardziej rozentuzjazmowanych pracowników, niechęć do pracy, znienawidzenie zawodu. WYPALENIE ZAWODOWE – OBJAWY Objawy wypalenia zawodowego na poziomie fizycznym: brak energii, poczucie nadmiernego, utrzymującego się lub pojawiającego szybko zmęczenia nieproporcjonalnego do rzeczywistego wysiłku, nadmierna męczliwość, widoczny spadek odporności (infekcje, częstsze zachorowania), objawy somatyczne (różnego rodzaju bóle np. pleców czy karku), problemy ze snem (bezsenność lub nadmierna senność także w ciągu dnia), odczuwana wręcz fizycznie niechęć, wstręt, obrzydzenie przed podejmowaniem kolejnych działań. Syndrom wypalenia zawodowego na poziomie emocjonalnym: dojmujące odczucie braku wpływu na sytuację, przeświadczenie o bezradności, zwątpienie, zniechęcenie wobec aktywności, stany przygnębienia i „wyjałowienia z pozytywnych emocji”, narastające rozczarowanie pracą i życiem w ogóle, drażliwość, u kobiet częściej niż u mężczyzn – płaczliwość, frustracja, niekontrolowane wybuchy emocji, opór przed podejmowaniem działań, poczucie pustki wewnętrznej, beznadziejności i osamotnienia, w skrajnych stadiach – stany depresyjne, depresja. Wypalenie zawodowe na poziomie ogólnym, psychicznym: utrata poczucia sprawstwa, spadek poczucia własnej wartości, spadek szacunku względem własnej osoby, lekceważący lub złośliwy stosunek do innych – zwłaszcza bardziej rozentuzjazmowanych, „świeżych” pracowników, niecierpliwość, postawa roszczeniowa, bierna agresja i/lub otwarta agresja, cynizm, pogłębiające się negatywne nastawienie do siebie, miejsca pracy, otoczenia, a nawet życia w ogóle, izolowanie się, obojętność na negatywne zjawiska w miejscu pracy, konfliktowość, spadek motywacji. WYPALENIE ZAWODOWE – ZAPOBIEGANIE, PROFILAKTYKA Działania o charakterze profilaktycznym, zapobiegające wypaleniu zawodowemu, które powinien wykonywać pracownik, to: odpowiednia troska o zdrową hierarchię wartości (własne fundamentalne potrzeby ludzkie ponad priorytetami firmy), higiena zdrowia psychicznego (czas na relaks, dla rodziny, na hobby i pasje niezwiązane z praca), troska o zdrowie fizyczne (ćwiczenia lub nieeksploatujący sport, sen, zdrowe odżywianie się, nie nadużywanie kawy, alkoholu, unikanie niezdrowych używek), dobra organizacja pracy i życia (by nie doprowadzić do znacznego nagromadzenia zadań), asertywność w miejscu pracy, uznanie pracy za istotny, ale nie kluczowy bądź najważniejszy element swojego życia, dawanie sobie czasu na odpoczynek od pracy nie po to, by „naładować akumulatory”, lecz po to, by nawet o tym nie myśleć. Warto mieć konstruktywny stosunek do samego siebie – postrzegać się jako jednostkę z szerokim wachlarzem zróżnicowanych potrzeb, a nie jedynie jako trybik w wielkiej machinie bądź „narzędzie do robienia pieniędzy”. Stricte materialistyczne podejście, zorientowane na zdobywanie kolejnych szczebli kariery, awansów, większych dochodów, „lepszych osiągów” i wyników to recepta na narastający stres, który prędzej (w przypadku słabszej odporności) lub później (w przypadku silniejszej odporności) zacznie mieć negatywny wpływ na wydajność, zdrowie, stan ducha. Praca jest wartością, gdyż realizowanie się w niej może stanowić wspaniałe źródło satysfakcji, zaś środki niezbędna do godnego i równie satysfakcjonującego życia są niewątpliwie bardzo atrakcyjne; mimo to warto mieć także inne obszary, w których człowiek się realizuje, spełnia i z których także czerpie pozytywne emocje. Należy wykazywać zdrową troskę o różne aspekty i sfery swojego życia, gdyż totalistyczne poświęcenie się pracy nawet jeśli doprowadzi do ogromnych sukcesów zawodowych, może też poskutkować chronicznym stresem, wycieńczeniem fizycznym i emocjonalnym, depresją, a są to czynniki, które praktycznie uniemożliwiają czerpanie jakiejkolwiek satysfakcji z ewentualnych triumfów, z czasem postrzeganych raczej jako kolejne formy obciążenia odpowiedzialnością, niż powody do radości.
  12. Dlaczego warto skorzystać z psychoterapii

    Nie odwlekaj wizyty u psychoterapeuty. Nawet jeżeli czasami dolegliości samoczynnie mijają - ich przyczyny pozostawione bez zmian grożą nawrotem; nierzadko ziszcza się czarny scenariusz - problemy rosną, grożą powikłaniami i czynią człowieka bardziej podatnym na kolejne utrapienia. Utrwalone trudności ciężej się wykorzenia. Obezwładniające poczucie bezradności lub niewiedza o możliwych rozwiązaniach, a czasem jedno spotęgowane przez drugie – oto przeszkody na drodze do realnej zmiany swojego stanu, bariery hamujące proces podjęcia decyzji o rozpoczęciu intensywnej psychoterapii. Problematyczne bywa również fałszywe przeświadczenie, że dana trudność sama się rozwiąże, minie z czasem jak jakaś niegroźna dolegliwość fizjologiczna. W praktyce często nie wygląda to niestety tak optymistycznie. Utrapienie może zelżeć, a także okresowo zaniknąć, ale prędzej czy później może powrócić ze zwiększoną siłą. Nierozstrzygnięte trudności mają różną intensywność i skutki, rzadko utrzymują się na tym samym poziomie. Bywa że nieco się do nich przyzwyczajamy, ale nie znaczy to, że zostały rozwiązane. Odwlekanie wizyty u psychoterapeuty lub psychiatry jest działaniem na własną szkodę. Wcześnie rozpoczęta praca nad sobą bądź leczenie mogą nie tylko trwać krócej, ale także okazać się szczególnie efektywne. Kiedy jeszcze problem nie rozrósł się do dużych rozmiarów człowiek ma lepsze zasoby, by się z nim uporać. Bywa, że lekceważenie problemu, brak odpowiedniego postępowania pogarszają sprawę. Wiele trudności piętrzy się, wikła, przykłada do rozwoju innych kłopotów lub po prostu głębiej zakorzenia w człowieku i nabiera siły, przez co później ciężej jest się z nimi uporać. Dotyczy to zwłaszcza zburzeń lękowych, zaburzeń osobowości, zaburzeń nastroju (jak np. depresja), zaburzeń odżywiania, uzależnień. Stanowczo odradzamy, przestrzegamy przed chowaniem głowy w piasek, udawaniem, że problemów nie ma, odwlekaniem w nieskończoność wizyty u specjalisty. Im wcześniejsza interwencja, tym korzystniej. Problemy rosną i rodzą dodatkowe komplikacje czyniąc człowieka podatniejszym na inne dolegliwości. Zdecydowanie najlepiej jest rozpocząć pracę nad swoimi zmartwieniami w porę, dmuchać na zimno, troszczyć się o należytą profilaktykę, niż zwlekać do czasu, aż problem stanie się nie do zniesienia lub wręcz nie do udźwignięcia. Dysponując sposobami radzenia sobie z różnymi dolegliwościami można nie tylko się od nich uwolnić, ale i skutecznie się przed nimi chroni, unikając nawrotu bądź pogorszenia stanu.
  13. Kobiety podatne na zranienie

    Postanowiłem zgłębiać temat „kochania za bardzo”, które nazywa się też podatnością na zranienie, ponieważ niemal każdego dnia pracy jako psycholog jestem świadkiem tego, jakie ten problem wywołuje u kobiet cierpienie. Ponadto, jako że posiadam cztery siostry – na los kobiet jestem szczególnie uwrażliwiony. Nie bez znaczenia jest również to, że – wychowywany jako mężczyzna i wśród mężczyzn, oraz pracując z mężczyznami jako psychoterapeuta – jestem w stanie zwracać kobietom uwagę na pewne niezrozumiałe dla nich mechanizmy i wyjaśniać męskie zachowania. Z relacji klientek wynika, że zdarza mi się robić to lepiej od – z pewnością nie gorzej wykwalifikowanych – koleżanek po fachu, psychoterapeutek. Na podstawie obserwacji klinicznych oraz analizy literatury o „kochaniu za bardzo” i relacyjnym zaburzeniu obsesyjno-kompulsyjnym dochodzę do wniosku, że jedną z cech podatności na zranienie jest u niektórych kobiet wyraźna dyspozycja do odczuwania pewnych przejawów zakochania niejako przedwcześnie i bez adekwatnych przesłanek, albo poniewczasie, to jest po faktycznym zakończeniu związku. W pierwszym wypadku zakłócony zostaje proces tworzenia więzi, a w drugim utrudnione jest przeżywanie „żałoby” po rozstaniu i pogodzenie z tym, iż relacja przeszła do historii. Jestem zdania, że odpowiada za to między innymi fakt posiadania ogromnej konstelacji rozległych przemyśleń na temat własnych relacji z mężczyznami i dysponowania niebywałą ilością wyobrażeń o idealnym związku, które powstały między innymi z powodu braku dobrych wzorców w rodzinie pochodzenia. Gdy pojawia się potencjalnie spełniający pewne kryteria kandydat kobieta odczuwa wobec niego magnetyczne przyciąganie, bo uruchamia się w niej proces fantazjowania. Im bardziej jest on niedostępny, im mniej szczodry emocjonalnie, tym większe pole do popisu dla wyobraźni. Fantazjowanie powoduje, że kobieta „ścina zakręty” i wybiega naprzód obsadzając partnera w pewnych rolach do końca jeszcze nie wiedząc, czy on się do nich tak naprawdę nadaje, a nawet czy ich chce. Kobieta, mówiąc metaforycznie, zadurza się we własnych wyobrażeniach, a w skrajnym wypadku jej nastrój staje się ich zakładnikiem. Fantazjowanie powoduje też, że kandydat niedostępny nadal może jawić się jako odpowiedni, choć de facto nie jest zainteresowany zaangażowaniem, bo nie jest na to jeszcze gotowy albo nawet już odszedł lub wręcz nigdy nie okazywał otwartości na związek. Czasami obecny skądinąd partner czuje się nieswojo, ma wrażenie, że nie jest darzony autentycznym uczuciem, gdyż kobieta kocha raczej własne o nim wyobrażenie, i w efekcie mężczyzna ten zaczyna się wycofywać, co ostatecznie może prowadzić do rozpadu relacji. Niekiedy to kobieta odczuwa wzmożony lęk przed bliskością, czyli niezrozumiały niepokój, który skłania ją do sabotowania relacji, gdyż po bliższym poznaniu okazuje się, iż partner naprawdę daleko odbiega od wciąż żywych wyobrażeń o idealnym związku. Niektóre kobiety podatne na zranienie przeżywają pasmo nieudanych związków, inne tkwią latami w toksycznej relacji, ale są i takie, które kurczowo trzymając się własnych wyobrażeń żyją w samotności, bo rzeczywistość nie jest w stanie sprostać wynikającym z tych wizji oczekiwaniom. Kobiety podatne na zranienie częstokroć mają za sobą niełatwe przejścia w dzieciństwie i wczesnej dorosłości albo specyficzną relację z rodzicami, zwłaszcza mamą. Doświadczenia te niejako zmuszały do odcinania się od własnych negatywnych stanów emocjonalnych, które były wówczas trudne do zniesienia, bo młody człowiek bez właściwego wsparcia nie jest w stanie tak dobrze sobie radzić, jak osoba dorosła posiadająca odpowiednie umiejętności. Treningu tych umiejętności też nierzadko brakowało, bo rodzice swoją postawą raczej dawali złe lekcje na temat emocji. W następstwie tego stanu rzeczy kobieta podatna na zranienie ma zwiększoną tolerancję na trudne sytuacje – znosi więcej, lekceważy sygnały ostrzegawcze lub nie czerpie informacji ze swoich negatywnych emocji trzymając je na dystans, traktując jako niepożądane, zbędne. Traci przez to bezcenne źródło informacji o sobie, własnych potrzebach i związkach z innymi ludźmi. Problemy składające się na „kochanie za bardzo” zwykle współwystępują z innymi czynnikami utrudniającymi prawidłowe funkcjonowanie w związku, jak na przykład nie wymienione wyżej następstwa wynikające z dysfunkcji w rodzinie pochodzenia, lękowy styl przywiązania czy niskie poczucie własnej wartości. Co to znaczy kobieta podatna na zranienie Łatwo przyjąć interpretację jakoby źródłem wszelkiego cierpienia był ktoś z zewnątrz. Liczne poradniki dla kobiet poświęcone są rozległym opisom tego, na jakich mężczyzn należy uważać, jakie ci faceci stosują chwyty. Jeśli jednak kobieta raz za razem wchodzi w związki, które w ostatecznym rozrachunku ją ranią, to czy rzeczywiście wina leży wyłącznie po stronie partnerów? Czyżby był to fatalny zbieg okoliczności? Absolutnie nie wybielając mężczyzn, którzy naprawdę bywają bezwzględni w dążeniu do osiągania własnych celów w kontaktach z kobietami, mimo wszystko zauważyć należy, iż raczej mało prawdopodobnym jest, żeby powtarzająca się historia była powodowana tylko przez nich. Możliwe, że to kwestia podatności na zranienie czyli skłonności do angażowania się w raniące związki z nieodpowiednimi partnerami i nie wyplątywanie się z takich znajomości, gdy pojawiają się istotne ku temu przesłanki. Podatność na zranienie nie jest kwestią niefortunnego zrządzenia losu, lecz specyficznych mechanizmów, które sterując kobietą, skłaniają ją do wchodzenia w źle rokujące relacje, lekceważenia sygnałów ostrzegawczych i nie wychodzenia z takich związków w porę - niekiedy nawet wtedy, gdy staną się już ewidentnie toksyczne. W większości wypadków nie jest to na szczęście kwestia masochistycznego czy zależnego zaburzenia osobowości. To raczej zbiór tendencji, które mają swoje korzenie we wczesnych doświadczeniach z dzieciństwa i w okresie dorastania (relacje z rodzicami, a zwłaszcza więź z mamą, deprywacja emocjonalna, wychowywanie się w rodzinie alkoholowej bądź dysfunkcyjnej czyli bycie DDA albo DDD). Zazwyczaj nie jest to dla kobiet łatwe, a czasami okazuje się niezwykle trudne i bolesne, ale jeśli sytuacja ma ulec pozytywnej, nieprzypadkowej, trwałej zmianie, to konieczne jest krytyczne i szczere przyjrzenie się własnemu wkładowi w historię raniących związków. Relacje nie tworzą się same – każde z partnerów ma w nich swój udział. Bynajmniej nie chodzi o to, by brać na siebie całą winę lub dla przykładu odpowiedzialność za przemoc albo nielojalność partnera, lecz o to, by w najwyższym stopniu ograniczyć możliwość powtórzenia się raniącego scenariusza w przyszłości. Tendencje te, składające się na schemat osobisty, najprawdopodobniej zostały dodatkowo wzmocnione przez inne czynniki w życiu dorosłym. Na przykład wielu psychologów jest zgodnych, że nie jest bez winy romantyczna wizja związków, którą nasiąkają zwłaszcza kobiety. W popularnych baśniach, filmach, utworach muzycznych miłość prezentowana jest jako siła, która pozwala wszystko przetrwać, znieść, ze wszystkim uporać się. Siła, mająca wręcz moc uzdrawiania, a raczej naprawiania partnera, odczarowywania żaby z powrotem w księcia. Tymczasem realnie w związkach niezbędne są granice, asertywność, zdrowa dawka miłości własnej i troski o siebie, pewna symetria, co ze zrozumiałych względów stoi w sprzeczności z wizją ogromnego poświęcania się w imię miłości - dla dobra związku, dzieci lub innych ideałów stawianych wyżej, niż własny dobrostan. Inne czynniki kulturowe także odgrywają pewną rolę. W dobie kultu samochwalstwa, epoce narcyzmu, lansu na serwisach społecznościowych posiadanie czegoś, czym można się pochwalić bywa ważniejsze, niż zaplecze, to czego nie widać gołym okiem. W wyniku tego młode pokolenia kobiet unieważniają się poprzez wchodzenie w relacje bez przyszłości, ale dające inne profity, udając, że nie widzą, iż czeka ja zranienie, lub wręcz akceptujące je jako tak czy inaczej nieuchronne. Jedno z badań dotyczących zjawiska przemocy wykazało, że wysoki odsetek kobiet, które doświadczyły agresji lub nielojalności partnera, na wczesnym etapie związku wyraźnie widziały sygnały ostrzegawcze, lekceważyły je jednak w nadziei na to, że uda im się utrzymać relację z partnerem postrzeganym jako szczególnie atrakcyjny, reprezentacyjny. Zranienie jednak nie zawsze następuje z powodu postępowania partnera - czasami jest oczywistym następstwem wyborów, jakich dokonuje kobieta, na przykład świadomie angażując się w relację skazaną na bolesny finał. Podatność na zranienie to coś, z czym kobiety na różne sposoby starają się walczyć. Wdawanie się ze sobą w walkę przynosi jednak nierzadko opłakane skutki. Nie jest rozwiązaniem optymalnym, a czasami nawet pogarsza sprawę. Często dzieje się tak, że w wyniku szczególnie trudnych przejść w relacjach, o które dodatkowo kobieta ma do siebie pretensje, pojawia się poważny uraz. W rezultacie kobieta zamyka się i nikogo do siebie nie dopuszcza. Warto zauważyć, że niestety efekt jest ten sam, co w przypadku zranienia - potrzeby emocjonalne są zaniedbywane. Dlatego tak ważnym jest, aby rozpoznać w czym rzecz i przepracować osobisty schemat, a nie tylko go tłumić bądź unikać. Trzy typy podatności na zranienie Typ chroniczny obserwujemy u kobiet, które są w stanie latami trwać w wypalających je relacjach, tolerować naganne postępowanie partnerów, a nawet same przykładają się do pogarszania jakości związku (o ile mężczyźni wiodą prym w przemocy fizycznej, o tyle kobiety w przemocy emocjonalnej). Bywa, że kobiety, które cechuje podatność na zranienie o typie chronicznym, stają się osobami współuzależnionymi – trwają u boku cierpiących na chorobę alkoholową mężów. Inne po prostu żyją w niesatysfakcjonujących, pustych związkach łudząc się, że jeszcze coś z tego będzie, chociaż partner pomimo obietnic nijak nie przykłada się do poprawy sytuacji. Niektóre kobiety czekają w nieskończoność na oświadczyny, jako małżonki w milczeniu znoszą zdrady, albo same dolewają oliwy do ognia i swoim postępowaniem prowokują odtrącenie, sabotują związek, ni stąd ni zowąd przeżywają dramaty, a żadna poważna rozmowa nie może obejść się bez ich płaczu i pretensji, gdyż permanentny kryzys jest dla nich kontekstem, w którym czują się swojsko, więc po krótkich okresach ciszy nieuchronnie następuje czas burz. Typ seryjny charakteryzuje kobiety podatne na zranienie nie pozwalające sobie na trwanie w toksycznym związku, ale o takich kryteriach doboru partnera i skłonnościach, które skazują je na przeżywanie kolejnych rozczarowań. Mówi się, że historia lubi się powtarzać... Znajduje to odzwierciedlenie szczególnie w przypadku podatności na zranienie o typie seryjnym – każda kolejna relacja przynosi problemy z tego samego repertuaru, a wszelkie starania mające to zmienić okazują się niepomocne lub wręcz destrukcyjne. Typ seryjny różni się od chronicznego liczbą partnerów kobiety, jakkolwiek w sensie emocjonalnym zranienie właściwie również trwa przez cały czas. Ranić mogą nie tylko konkretne zachowania partnera, ale ruminacje (niekończące się przemyślenia) na temat utraconych związków, fantazje o partnerach, którzy odtrącili (i przez niedostępność zdają się szczególnie atrakcyjni), wymarzone, a niedoścignione wizje idealnych relacji. Nawet będąc w udanym związku kobieta może cierpieć z powodu doświadczania odbieranych jako narzucające się wizji bycia z kimś innym (co może nawet przekształcić się w Relacyjne zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne), ciągle żywić przekonanie, że to nie jest najlepszy wybór jakby nie dawała wiary tej trwającej miłości, bo bycie kochanym wydaje się jej wprost czymś niewiarygodnym albo miłość jawi się jako coś jeszcze lepszego niż obecne uczucie. Typ pełen złudzeń to podatność na zranienie, która polega w głównej mierze na pozbawianiu się szansy na realną bliskość i dobrze rokujący związek poprzez dobór niedostępnych partnerów lub życie w czymś raczej o charakterze układu, niż intymnej relacji. Typ pełen złudzeń jest jak bomba z opóźnionym zapłonem. Czas, który kobieta mogłaby na przykład poświęcić na budowanie stabilnej więzi z prawdziwego zdarzenia ze szczodrym emocjonalnie, zaangażowanym partnerem, zagospodarowuje ona w sposób nie dający cienia szansy na wartościowy związek. Niektóre kobiety angażują się na długo w związki z mężczyznami żonatymi, niedostępnymi emocjonalnie, pochłoniętymi przez nałogi lub po prostu takimi, którzy od początku im nie odpowiadają. Inne żyją przelotnymi romansami z mężczyznami o wysokim statusie, które tylko pozornie dowartościowują, a na dłuższą metę są źródłem unieważnienia. Inne mają układy ze sponsorami lub wiążą się tylko z przyczyn ekonomicznych, ewentualnie wybierają partnerów, którzy poza ponadprzeciętną urodą nie oferuję nic więcej. Bywa, że łudzą się, iż miłość jest zbędna, nie ma znaczenia ani wartości, że potrzebę bycia z kimś blisko i pragnienie więzi można zastąpić zimną kalkulacją, że cynizm to najlepsza strategia w dobie brutalnego kapitalizmu, gdy liczy się to, czym można się pochwalić w serwisach społecznościowych. Łudzą się, że nie są wykorzystywane oraz że nie wykorzystują innych, nie nazywają rzeczy po imieniu, żyją w iluzji, a to dalece ogranicza możliwość stworzenia autentycznej więzi. Nie wszystkie kobiety charakteryzujące się podatnością na zranienie o typie pełnym złudzeń są cyniczne, wyrachowane. Czasami złudzenia to nic innego, jak nadmiernie rozwinięte fantazjowanie, które przybiera wręcz postać zaklinania rzeczywistości, zaprzeczania faktom lub problemom. Tego typu skłonności charakteryzują zwłaszcza niektóre Dorosłe Dzieci Alkoholików. Wyróżnienie tych trzech typów jest oczywiście pewnym uproszczenie. W istocie są to odcienie tego samego zjawiska, więc czasami w praktyce trudno jednoznacznie je odróżnić – częściowo pokrywają się, mieszają. Bywa i tak, że sekwencyjnie dana kobieta na przestrzeni czasu raczej charakteryzuje się podatnością na zranienie o typie na przykład seryjnym, a w innym okresie o typie pełnym złudzeń. Podatność na zranienie nie jest chorobą Podatność na zranienie nie jest jednostką chorobową, nie znajdziemy jej opisu w kryteriach diagnostycznych na temat zaburzeń psychicznych. To raczej pewna forma szkodliwych dla jednostki skłonności, które pojawiają się w odpowiedzi na specyficzne grupy doświadczeń. Stanowi coś w rodzaju schematu - powtarzającej się procedury działania, która eksploatuje ślady emocjonalne po dawnych deprywujących doświadczeniach (np. nieobecności, niedostępności rodzica lub rywalizacji z jego strony). Koryto rzeki, którym płynie życie kobiety, naznaczone jest tymi śladami, nadającymi mu bieg. Przeszłość odbija się w teraźniejszości, emocjonalne rany jątrzą się zamiast goić, sytuacje powtarzają się. Kwestionariusz podatności na zranienie Dedykowany kobietom kwestionariusz podatności na zranienie może zostać wykorzystany, jeśli ktoś podejrzewa u siebie ten rodzaj problemu. Każdemu z poniższych czternastu twierdzeń należy przyznać od 0 do 2 punktów. 0 – nie pasuje do mnie to stwierdzenie 1 – trochę pasuje do mnie to stwierdzenie 2 – całkowicie pasuje do mnie to stwierdzenie. Warto zauważyć, że niektóre pozycje kwestionariusza zawierają różne opcje – jeśli przynajmniej jedno ze stwierdzeń pasuje, należy pozycji przyznać 1 lub 2 punkty. [1] Bywało, że trwałam za długo w relacji bez perspektyw nie umiejąc z niej wyjść w porę [2] Z takich samych lub podobnych powodów doznałam rozczarowania w ostatnich kilku związkach [3] Czuję magnetyczne przyciąganie do niedostępnych mężczyzn [4] Fantazjując o idealnym partnerze lub idealnym związku czuję przykre napięcie lub cierpienie [5] Mama albo osoba która pełniła taką funkcję była niedostępna emocjonalnie i/lub rywalizowała ze mną i/lub wyręczała się mną w kontakcie z ojcem [6] Mama albo osoba która pełniła taką funkcję nie stawała w mojej obronie i/lub nie służyła mi radą i/lub nie koiła moich trudnych stanów emocjonalnych [7] Raczej nie mówię o swoich potrzebach w relacji, a później czuję się rozczarowana, że nie zostają zaspokojone i/lub mówiąc o swoich potrzebach w relacji jestem zbywana deklaracjami bez pokrycia a mimo to długo takiego związku nie przerywam [8] Często zdarza się, że w relacji nie mówię jak się czuję, a potem jestem zawiedziona, że nie jestem rozumiana [9] W związku daję więcej niż otrzymuję [10] Im mniej partner jest dostępny tym większy czuję do niego pociąg [11] Decyduję się na interakcje z mężczyznami dla korzyści materialnych i/lub sama wybieram mężczyzn, których mogłabym otoczyć taką opieką [12] Wierzę, że związek z mężczyzną do przetrwania wymaga mojego poświęcenia [13] Mam silne przeświadczenie i przyjaciele zgadzają się w tej kwestii ze mną, że źle dobieram sobie partnerów, bo raz za razem spotyka mnie w relacjach coś złego (zostaję zraniona, wykorzystana, jestem ofiarą przemocy) i/lub obserwuję, że po pewnym czasie sama staję się w związku nie do zniesienia, sabotuję go, zapoczątkowuję okres burz [14] Jeśli w związku jest spokój, prowokuję spięcia Minimalna ilość możliwych do uzyskania punktów to 0, a maksymalna 28. Przy uzyskaniu wyniku 10-20 punktów można u siebie podejrzewać funkcjonowanie mechanizmów charakterystycznych dla podatności na zranienie. Uzyskawszy 21 lub więcej punktów można podejrzewać, że mechanizmy podatności na zranienie działają ze znacznym natężeniem. Zmniejszanie podatności na zranienie Trudnym bywa przepracowanie mechanizmów podatności na zranienie w pojedynkę dlatego zalecana jest psychoterapia, jakkolwiek we własnym zakresie również można podjąć kroki zaradcze. Przede wszystkim należy dogłębnie przeanalizować i zrozumieć grupy doświadczeń z dzieciństwa i to, jakie lekcje na temat relacji, bliskości, emocji, związków wyniosło się z tamtego okresu. Należy zweryfikować, czy były to lekcje udane, czy wprost przeciwnie. Należy poddać głębokiej refleksji swoją relację z mamą lub osobą, która pełniła jej funkcję (jeśli w ogóle ktoś taki był) ze szczególnym uwzględnieniem deprywacji emocji, empatii, opieki. Koniecznym jest przeanalizowanie swoich dotychczasowych relacji ze szczególnym uwzględnieniem podobieństw, w poszukiwaniu jakiegoś schematu, powtórzeń. Istotną kwestią jest rozpoznanie u siebie jaki rodzaj podatności na zranienie daje się najbardziej we znaki i zaplanowanie działań zaradczych. Ważną kwestią jest zweryfikowanie swoich kryteriów doboru partnera pod kątem tego, co wynika z kluczowych potrzeb, a co wprost przeciwnie lub wręcz je unieważnia. Często zasadniczą kwestią jest rzeczywista (nie pozorna ani doraźna) poprawa poczucia własnej wartości. Najlepiej mieć w tym wszystkim wsparcie psychoterapeuty, co bynajmniej nie wyklucza znacznego nakładu pracy własnej, ale nawet w tym zakresie dobry specjalista okaże się pomocny, gdyż na przykład zwróci uwagę na szczególnie godne uwagi lektury i wskaże możliwe do sprawdzenia sposoby postępowania alternatywne względem dotychczasowych. Rozeznany w temacie psycholog, badając temat niejako stojąc z boku, a więc będąc bardziej obiektywnym, z większą łatwością dostrzeże pewne mechanizmy, zwróci na nie uwagę i ułatwi wzięcie ich na warsztat. Jako właściciel Gabinetu Ocal Siebie osobiście oferuję psychoterapię indywidualną w zakresie radzenia sobie z podatnością na zranienie, a także z równolegle niekiedy występującymi trudnościami jak na przykład współuzależnienie czy depresja. W przyszłości programu terapeutycznego zamierzam nauczać także innych specjalistów, więc także oni będą mogli proponować tego typu pomoc.
  14. Jak pracować w domu i nie wypalić się

    Przede wszystkim przygotuj się jak do normalnej pracy wśród ludzi. Trudno będzie ci się zmobilizować jeśli zasiądziesz do komputera w piżamie, nie ścieląc łóżka, pominąwszy wybudzający prysznic i ogółem poranny rytuał budzenia się do życia. Zatroszcz się o porządek w miejscu pracy. Bałagan po prostu rozprasza, nie sprzyja koncentracji, a czasem prowadzi do irytacji, gdy nie można znaleźć czegoś, co jest akurat potrzebne – to zaś wytrąca z rytmu. Nadto mamy skłonność do zabierania się za porządkowanie rzeczy właśnie w takich chwilach, gdy jest ważna, acz żmudna praca do wykonania. Kiedy coś nas męczy lub nurzy, szukamy wymówek, by zająć się czymś innym – nieład bywa jedną z nich, niestety. Podkreślmy dodatkowo: unikaj rozpraszaczy. Ustal kiedy masz przerwę i wówczas zajmij się przez określony czas relaksem. W trakcie pracy nie wykonuj czynności, które odwlekają realizację – jeśli coś ci się przypomni, na przykład, że musisz sprawdzić pocztę e-mail, zapisz to na kartce jako zadanie do wykonania w odpowiednim czasie. Póki pracujesz, trzymaj się tego, co robisz. Rzuć nałóg bezsensownego szperania w Internecie, bo to zamiast odprężać, zwiększa napięcie, gdyż pracy bynajmniej nie ubywa, a czasu owszem. Warto także mierzyć siły na zamiary – jeżeli nie podołasz wyzwaniu w formie bezustannej, wytężonej pracy przez kilka godzin, zaplanuj częstsze, ale krótsze pauzy. Zadbaj o warunki do pracy. Jeśli musisz się skoncentrować, wygospodaruj miejsce, w którym nikt ci nie będzie przeszkadzał. Jeśli nie jest to możliwe, zrób wszystko by zbliżyć się do ideału pod względem warunków. Na przykład kup w aptece stopery do uszu jeśli potrzebujesz ciszy, zaplanuj pracę w czasie, gdy w mieszkaniu jest najmniej domowników. Odrębną kwestią jest atmosfera – jeżeli na przykład w chwilach odpoczynku preferujesz słuchanie skeczy kabaretowych, zastanów się, czy robienie tego w czasie pracy nie rozleniwia cię i nie wyluzowuje nadmiernie, w oczywisty sposób utrudniając sprężenie się i zmniejszając wydajność. Czasem taki „demotywujący zapalnik” może być zupełnie błachy – może to być naprawdę cokolwiek, co jest typowe dla chwil wolnych od pracy, więc gdy występuje w trakcie wykonywania obowiązków poniekąd zakłóca ten proces niejako z ukrycia. Zwróć uwagę na aspekt odpowiedniego oświetlenia i napowietrzenia miejsca pracy – „kisząc się” w słabo oświetlonym pomieszeniu bez odpowiedniej wentylacji stosunkowo szybko staniesz się zmęczony i senny. Kolejną kwestią jest przerwa na rozruszanie – warto raz na godzinę lub dwie wstać od biurka i po prostu trochę się porozciągać, lekko pogimnastykować, zrobić kilkanaście przysiadów. Korzystnie wpłynie to na krążenie i twoje samopoczucie oraz koncentrację, a dzięki temu praca będzie przebiegać sprawniej. Podejdź do pracy w sposób zadaniowy. Realistycznie zaplanuj swoje cele do wykonania na określony dzień, by konkretnie wiedzieć, co jest do zrobienia i móc się po dniu pracy z tego rozliczyć. Brak planu i celów może poskutkować marnotrawieniem czasu na różnorakie „ruchy pozorowane”, dreptanie w miejscu, zbędne wydłużanie czynności mniej istotnych kosztem tych naprawdę ważnych. Jeśli natomiast będziesz wiedział, co konkretnie jest do zrobienia i jakie są priorytety na dany dzień, będzie możliwe takie rozłożenie zaangażowania w określone czynności, by podołać wyzwaniu bez konieczności specjalnego motywowania się do działania właśnie wtedy, gdy jest się już myślami z dala od obowiązków. Nie eksploatuj się za wszelką cenę chcąc wykonać totalne maksimum swoich możliwości. Da się to zrobić nawet kilka razy z rzędu, ale w dłuższej perspektywie to nieefektywna strategia. Po pierwsze z powodu zmęczenia, stresu, przeciążenia nabierzesz negatywnego stosunku do pracy. Po drugie nadmierne eksploatowanie się poprzez wysiłek ponad normę może w końcu doprowadzić do wypalenia. Nadto mylne przeświadczenie, że lenistwo da się po jakimś czasie nadrobić poprzez ekstremalną pracę działa generalnie demotywująco – wizja, jakoby dało się „bezkarnie” odpracować zmarnotrawiony czas, jest tylko iluzją. Maratony wypalają, są formą przymusu i rygoru, wyższej konieczności gdy gonią terminy, a takie podejście do pracy obrzydza ją i w sensie ogólnym negatywnie wpływa na motywację, naraża na chroniczny stres. Pracuj w określonych porach, przez zaplanowany czas. To bardzo ważne by przestrzegać elementarnej higieny pracy – wykonywać swoje zadania w zorganizowanych okresach czasu. Jeśli nie przestrzega się tej zasady nagle praca zaczyna dominować – myśli się o niej ilekroć zasiada do komputera, ma się wyrzuty sumienia, gdy odpoczywa lub robi co innego zamiast wykonywać zadania (co obrzydza chwile relaksu). Perspektywa końca dnia pracy jest też mobilizująca w tym sensie, że istnieje wyznaczony czas do którego mamy wykonać zaplanowane działania. Wiemy zatem, jakie jest potrzebne tempo i jaki jest konieczny wysiłek – dzięki temu nie stresujemy się abstrakcyjnymi, niewyznaczonymi terminami i towarzyszącymi im wyobrażonymi poślizgami, opóźnieniami. Jeśli masz trudności w organizacji sobie pracy, zainteresuj się tematem „małych kroków”, dzieleniem dużych zadań na mniejsze, zdobądź konieczne kompetencje w tym zakresie poprzez lekturę odpowiednich treści w Internecie, książek bądź udział w warsztatach z tym związanych. Jeśli dostrzegasz u siebie problem związany z chronicznym odwlekaniem ważnych zadań na później, zważ, że może to być zjawisko o nazwie prokrastynacja. W takim wypadku warto skonsultować się z psychoterapeutą.
  15. Psychoterapia poznawczo-behawioralna

    Psychoterapeuta poznawczo-behawioralny przy pomocy różnych technik dąży do wywołania zmiany poznawczej – modyfikacji myślenia i systemu przekonań pacjenta – w celu spowodowania trwałej zmiany emocjonalnej i związanej z bardziej korzystnym zachowaniem. U podstaw terapii poznawczo-behawioralne leży przeświadczenie, że dysfunkcjonalne sposoby myślenia niekorzystnie wpływają na nastrój oraz postępowanie pacjenta. Uznaje się, że te nieprawidłowe sposoby myślenia są wspólną cechą wszystkich zaburzeń psychicznych. Kiedy ludzie uczą się oceniać swoje myślenie bardziej realistycznie i przystosowawczo, ich stan emocjonalny i zachowanie ulegają poprawie. Dla przykładu, będąc w przykrym nastroju z powodu jakiegoś rozczarowującego niepowodzenia, mogłaby nam przyjść do głowy automatyczna myśl „Niczego nie potrafię zrobić jak należy”. Ta myśl mogłaby następnie prowadzić do określonej reakcji: wywołać smutek, poskutkować tym, że zdecydowalibyśmy położyć się do łóżka, spać. Gdybyśmy w porę zdali sobie sprawę z działania automatycznej myśli, dostatecznie wcześnie uznali ją za nieprawomocną, świadomie, z rozmysłem zastąpili ją inną narracją, na przykład słowami „Tym razem się nie powiodło, ale bywam też całkiem często bardzo skuteczny”, udałoby się uchronić przed dysfunkcjonalnym zachowaniem i uniknąć zbędnego w tym wypadku obciążenia smutkiem. Z zamiarem uzyskania trwałej poprawy nastroju i zachowań pacjenta, psychoterapeuta koncentruje swoje wysiłki na poznawczym oddziaływaniu na głębsze przekonania pacjenta związane z tym, jak postrzega siebie, rzeczywistość, innych ludzi. Nie odbywa się to w sposób nagły, ale małymi krokami, odwracając stopniowo, lecz konsekwentnie ciąg niekorzystnych sposobów myślenia. Na przykład osoba, która ciągle nie doceniała własnych dokonań z czasem mogła zacząć żywić przekonanie o własnej niekompetencji. Terapeuta nie jest doradcą, guru lub kimś w rodzaju arbitra oceniającego pacjenta – pomaga mu na natomiast rozumować w sposób bardziej adekwatny, realistyczny i adaptacyjny. Odnosząc się do przykładu, praca polegałaby na stopniowym „odkłamywaniu” negatywnego obrazu siebie poprzez wykrywanie a następnie podważanie automatycznych myśli „Jestem do niczego”, „Nigdy mi się nie udaje”, „Jestem niekompetentny, więc nie mam szans”. Psychoterapia poznawczo-behawioralna została przygotowana w taki sposób, by można ją było z powodzeniem stosować na potrzeby pacjentów o różnym wykształceniu, pochodzeniu kulturowym, statusie społecznym, wieku. Standardowo pojedyncza sesja terapeutyczna trwa około 45 minut, ale w zależności od potrzeby może się nieco wydłużyć albo skrócić. Skuteczność psychoterapii poznawczo-behawioralnej jest monitorowana od 1977 roku, kiedy to miały miejsce pierwsze badania z tym związane, i metodę tą poddano wszechstronnym testom. Od tego czasu około 500 razy w badaniach dowiedziono skuteczność tej metody w odniesieniu do różnych zaburzeń i problemów psychicznych. Kluczowe definicje
  16. Mindfulness czyli uważność

    Często jesteśmy porwani przez strumienie myśli i uczuć związanych z przeszłością lub przyszłością. Pozostajemy pod destrukcyjnym wpływem trudnych doświadczeń, pozwalamy by ślady niedobrych przeżyć kształtowały nasze bieżące wyboru, albo podporządkowujemy się fatalnym wizjom i perspektywom, które w konsekwencji ziszczają się niejako na zasadzie samospełniającego się proroctwa. Bywa, że tracimy z oczu chwilę obecną, gdyż niejako jesteśmy gdzie indziej, jesteśmy w danym miejscu i czasie fizycznie, ale nie duchowo. Uważność - mindfulness Terapia poznawcza oparta na uważności Gdy natomiast potrafimy po prostu być w chwili bieżącej stajemy się bardziej obecni w naszym życiu, bardziej świadomi, co się z nami i wokół dzieje, więc łatwiej jest nam dokonywać trafnych wyborów, mamy większe szanse postąpić konstruktywnie optymalnie spożytkowując swój potencjał. Łatwiej interpretować, co się dzieje, i prościej znaleźć różne warianty rozwiązań, gdy nie pozwalamy, aby bezwzględnie dominowały nad nami wywołujące przykre emocje przeszłość lub negatywne przewidywania. Uważność (mindfulness) sprzyja zdecentrowanemu stosunkowi do treści psychicznych, ucząc ludzi przyjmowania szerszej perspektywy w celu obserwowania swojego myślenia w danym momencie. Uznanie, że myśli nie są faktami, nie stanowią rzeczywistości, nie są też „tym kimś kto je ma”, ułatwiają nabranie dystansu względem pewnych zniekształceń w odbiorze i ocenie rzeczywistości. To szczególnie ważne, ponieważ zmiana stosunku do myśli może diametralnie odmienić repertuar przeżywanych emocji. Zwiększa to tolerancję na trudne uczucia, dzięki czemu człowiek przestaje być nimi zdeterminowany, ma większą swobodę wyboru, więcej wolności w działaniu. Istotą uważności (mindfulness) jest nieosądzająca świadomość tego, co ma miejsce w bieżącej chwili w umyśle. Przyglądanie się własnym myślom i odczuciom bez osądzania ich i zarazem bez oceniania siebie przez pryzmat tego, że się pojawiły. Jest to wyzwalające, gdyż zamiast stale forsować „jak być powinno”, „jak powinienem się czuć a jak nie powinienem”, po prostu oddziela się surowe doświadczenie od jakiegokolwiek oceniania, przewidywań, wracania do przeszłości. To, co jest, może wybrzmieć, zadziać się i spokojnie minąć. Tymczasem ocenianie, analizowanie powoduje efekt odwrotny – nieakceptowane myśli i uczucia wzmagają się ilekroć mamy do siebie pretensje o ich przeżywanie i wdajemy się z nimi w walkę. Uważność (mindfulness) jest cennym instrumentem w pracy z osobami z depresją oraz takimi, które chcą uniknąć nawrotu. Terapia poznawcza oparta na uważności uczy pacjentów nie tylko tego, co mogą zrobić by wydobywać siebie z depresji, ale i jak się przed nią chronić. Leczy, ale ma też działanie profilaktyczne. Uważność oznacza akceptację myśli i emocji tak samo jak akceptujemy fakt, że danego dnia pada deszcz lub świeci Słońce. Mówiąc metaforycznie, dzięki mindfulness myśli traktuje się jak wydarzenia w świadomości, jak warunki atmosferyczne na niebie. Nie aprobujemy ich ani nie potępiamy bo wszelkie ocenianie byłoby formą przyzwolenia, by "pogoda" rządziła naszym samopoczuciem. Przypowieść o dwóch szklankach (autor Rafał Olszak) Wyobraźmy sobie dwie szklanki stojące na stole. Jest im dobrze gdyż są wypełnione wodą, za czym wprost przepadają. Ten stan nie trwał niestety długo. Oto bowiem nagle ktoś przechodzący obok potrąca stół. Mebel ma cztery nogi i jest ciężki, więc szybko wraca do pozycji wyjściowej. Nie można tego samego powiedzieć o szklankach. Zaczęły się chybotać, jakby miały zaraz przewrócić się i stracić całą zawartość. Pierwsza szklanka zaczęła szarpać raz w lewo, raz w prawo, byle tylko nie rozlać niczego. Walczyła dzielnie, kręciła się na obrzeżach własnego spodu, ale w końcu poległa – upadła i stoczyła się ze stołu, więc spotkał ją smutny los. Druga szklanka zamiast walczyć ze sobą podeszła do wyzwania bardziej zadaniowo. Rozumiała, że przede wszystkim musi wiedzieć, co się z nią dzieje. Spojrzała więc w lustro wiszące na ścianie, by ocenić swoją pozycję i zobaczyć na czym stoi. Postanowiła, że nie wzburzy się, nie zasmuci, ani nawet nie będzie szukać dobrych stron w tym, co zobaczy – wszystko po to, by zachować obiektywizm. Patrząc w lustro spojrzała na siebie z dystansu. Szybko zrozumiała, że wykonując ruch przeciwny do tego, który nią targa, sama sobą targnie, tyle że w drugim kierunku. Przez ułamek czasu byłaby w pozycji idealnie pionowej, denkiem równolegle do blatu stołu, ale po tej krótkiej chwili przechyliłaby się ponownie. W taki sposób nie uzyska równowagi, to pewne, a doraźna przyjemność z krótkotrwałego bycia w pozycji pionowej stanowczo nie wydała się jej satysfakcjonująca. Patrząc więc w lustro nie szła w zaparte, nie podejmowała trudu na rzecz pozornych lub krótkotrwałych rozwiązań, ale po prostu postanowiła znieść brak równowagi, który ostatecznie okazał się chwilową niedogodnością. Zniosła to, nie dała się ponieść, ustała.

Psychoterapia przez Internet

Na naszej platformie pracują polecani, skuteczni psychologowie i psychoterapeuci online, przez Skype. Oferują pomoc psychologiczną i terapię poznawczo-behawioralną. Psycholog online to rozwiązanie wygodne i skuteczne. W zespole Ocal Siebie pracują wykwalifikowani specjaliści, doświadczeni psycholodzy.

×